Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 20 grudnia 2012

Wiadomości z frontu walki i ....życzenia



No i przyszła kolej na mnie. Najpierw Pan Małżonek zameldował się z ręką w gipsie. Później, dopadło go paskudne przeziębienie. A teraz i mnie drapie w gardle.  A święta tuż, tuż. Póki co smarkam, kaszlę i jestem do niczego.
Dlatego, na wszelki wypadek pozwólcie, że już dzisiaj złożę Wam życzenia. Postaram się Was odwiedzić na blogach jak tylko siły mi pozwolą.



Moi Drodzy !
Składam Wam serdeczne życzenia radosnych i rodzinnych Świąt. Tym, którzy będą spędzać je samotnie, życzę aby były to  dla nich ostatnie takie Święta a Tym, którzy pożegnali kogoś Najbliższego, życzę spokoju ducha. Oby Wasz ból znalazł ukojenie.

Niech magiczna moc Wigilijnego Wieczoru przyniesie Wam spokój i radość a Nowy Rok obdaruje was pomyślnością i szczęściem.
 
 

niedziela, 16 grudnia 2012

Tradycja


Popatrzcie jak to jest. Tyle się w świecie zmienia. Technologia rozwija się w zawrotnym tempie, człowiek żyje coraz dłużej, nowinki zalewają nas z każdych stron. Mamy Internet, bankomaty i takie  różności, o których nawet nie marzyliśmy lata temu. Nie mieliśmy ich ale świat był prostszy. Dobro było dobrem, zło złem. Jasne definicje, ściślejszy związek rodzinny. Niewiele z tego zostało.

A jednym z tych „reliktów„  jest Wigilia. Większość z nas zasiądzie do wigilijnego stołu w towarzystwie rodziny , która na co dzień jest równie zabiegana i zapracowana jak my. Przyjadą dzieci, przyjadą wnuki. Mamy i babcie będą krzątały się w kuchni, gotując ulubione potrawy domowników i przyjezdnych krewnych. Będzie barszcz z uszkami, zupa grzybowa, rybna. Smażone rybki, śledziki , makówki i kutia. Każdy z nas ma swoje przepisy, czasem dodaje nowinki. W kącie będzie stała choinka. Kiedyś trochę zgrzebna, bo ozdobiona papierowymi łańcuchami, pierniczkami lukrowanymi i cukierkami zawiniętymi w złotko.  Sama nie jedne dni przedświąteczne spędzałam z synami nad robieniem takich domowych ozdób. Nadejdzie czas ucztowania ale i refleksji. Czas zgody choćby tylko tymczasowej ale jednak. Przełamiemy się opłatkiem  życząc sobie ponownego spotkania za rok. Na ten jeden dzień zmartwienia i animozje odejdą na bok.

Powiem wam jak wyglądały moje Wigilie na Ziemi Cieszyńskiej.
Moja Teściowa,  kobieta wielkiej mądrości i zacności nakrywała do stołu. Na środku stawiała talerzyk z opłatkami i miodem . Zapalała świece. Pod obrusem leżało sianko a pod każdym z nakryć, monety. Miały przynieść  nam brak trosk materialnych w Nowym Roku.  Przed spożyciem wieczerzy i po niej, zmawialiśmy krótką modlitwę, prosząc o błogosławieństwo  i dziękując za dary leżące na stole.
Była zupa fasolowa i zupa rybna z rodzynkami, była moczka, smażona ryba, kapustka i kompot wigilijny. Dzieliliśmy się opłatkiem składając  sobie życzenia i przepraszając za niektóre grzeszki. Potrawy donosiła do stołu tylko gospodyni. Po wieczerzy, Teściowa i  Teść udawali się do obórki z resztkami potraw wigilijnych aby podzielić się nimi z trzodą. W spiżarce czekały ciasta i ciasteczka cieszyńskie.

Moja Wigilia to melanż kuchni cieszyńskiej i bytomskiej. Nie ma moczki, jest barszcz z krokietami. Zupę rybną gotuję na ostro. Są ulubione przez całą rodzinkę makówki, ryba po grecku i karp po żydowsku. Jest sianko i monety. Są łuski z karpia chowane skrzętnie do portfela. I oczywiście opłatki z miodem. Na stole leży dodatkowe nakrycie symbolizujące tych, którzy odeszli a jednocześnie przygotowane dla niespodziewanego gościa. Spoglądając na to dodatkowe nakrycie pomyślę o moich Rodzicach, Bracie, Dziadkach, Teściach i  Starce mojego Męża.. Pomyślę o bliskiej mojemu sercu Anusi, która odeszła w tym roku. Z nadzieją, że Oni stoją tuż obok.

A z nowinek….Połówka ma rękę w gipsie, czyli co? Radź sobie kobieto sama.



A jak Wy spędzicie Święta?

środa, 12 grudnia 2012

Syzyfowa praca



Wczoraj rano niechętnie otworzyłam oczęta, zerknęłam za okno i już wiedziałam, że czeka mnie ciężki dzień. Śnieżek prószył leciutko ale droga do ulicy była zasypana. W wyobraźni widziałam jak mąż zostawia samochód gdzieś tam i brnie w śniegu do swojej niewątpliwie kochanej połowicy. No, cóż. W miłości nie liczą się słowa ale czyny. Do łopaty przymierzałam się tak ze trzy razy. Stała w kącie i słowo wam daję, szczerzyła się do mnie radośnie. No, dobrze, niech tam. Obrobię wjazd przed furtką i koniec!
Wzięłam się do odśnieżania i jak to kobieta nie znająca umiaru rozpędziłam się na dobre. Załatwiłam podjazd i pomyślałam.. a może jeszcze kawałek?
Skończyłam przed samym wejściem do domu. Marne 4,5 x 50m. Pękałam z dumy, bo przecież to kawał roboty. A może jeszcze trochę na tarasie? Duży jest, tak około 40m kwadratowych ale co to dla mnie? Pestka. Sikorki się nie zapadną w śniegu, ziarna będą miały jak na dłoni. Myślisz i masz! Po wszystkim usiadłam na kanapie i usiłowałam wrócić do równowagi. Po powrocie Połówki zostałam pochwalona nad wyraz i pogłaskana po główce. Super.
A rano…..

Droga wyglądała tak


Taras tak…


I co teraz?
Za oknem sypie, mężczyzna mojego życia  wróci dziś późno , czyli co?
No dobrze, poświecę się raz jeszcze. Mówi się, że gorąca miłość potrafi stopić ołów. Jak widać nie tylko. A łopata znów się szczerzy....

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Matrix

(grafika.google)  


Od wielu lat  byłam przekonana, że żyję w wolnym kraju. O święta naiwności! Pora zdjąć różowe okulary i przejrzeć na oczy.
Jak nic , mój kraj to kondominium rosyjsko –niemieckie. Codziennie każą mi padać na twarz przed Panią Merkel i Putinem. Każą gadać po niemiecku i rosyjsku pod groźbą zesłania. Nie mogę czytać Polskiej Gazety Codziennej i Frondy. Nie mogę słuchać Radia Maryja i oglądać Telewizji TRWAM. Wredny rząd mnie za to szykanuje i grozi dybami. Na msze chodzę  poboczami i oglądam się ciągle za siebie. Po tej strasznej tragedii 10 kwietnia płakałam w ukryciu, bo wokół byli sami szpicle i mogliby donieść komu trzeba. Po nocach śni mi się styropian i wizja esbeckich pałek. Nie mam lekko. Zeszłabym do podziemia ale tam to już taki tłok, że się nie zmieszczę. Nawet bym zaryzykowała ale…i tam mnie nie lubią bo….
Jak nic, jestem ukrytą opcją niemiecką i jak nic  jestem ekstremistką. Jestem nielojalna wobec prawdziwej Ojczyzny, na dodatek mój śląski akcent jest jakiś taki nie polski. W czasie Stanu Wojennego stałam tam gdzie ZOMO, bo nie mieszkałam w willi na Żoliborzu i nie spałam pod pierzynką u mamusi. Jak wiele z wrogich elementów, rodziłam nieprawomyślnych obywateli zakamuflowanej opcji niemieckiej, chodziłam do pracy i wspierałam nią wrogi reżim. Ośmielałam się żyć i nie polec na barykadach. Nie broniłam pracy doktorskiej z tez Lenina i nie grałam w filmie dla dzieci. Mało tego, moi synowie mieli chrzciny i komunię a włos mi nie spadł z głowy. Wiecie dlaczego? Bo prawdopodobnie byłam  SB-ką żydówką na usługach reżimu.  Nie polubią mnie, to pewne.

Chciałabym obudzić się z tego koszmaru. Nie słyszeć tego jaka jestem podła i tylko polskojęzyczna. Chciałabym żeby opozycja podjęła konstruktywne rozmowy o poważnych problemach, które gnębią mój kraj. Łatwo je zdefiniować. Praca, byt, zdrowie. Żeby usiadła do stołu  i zajęła się losem obywateli naszego kraju. Chciałabym, żeby rząd nie był z siebie tak zadowolony, bo powodów do tego ma niewiele. Żeby kościół zajął się tylko tym do czego został powołany – do szerzenia i utrwalania wiary wśród tych którzy tego pragną. Żeby przestał się bogacić w tak drastyczny i nieetyczny sposób. Żeby było mniej takich czy innych pochodów, marszów i miesięcznic a więcej pokory i pracy. Często słyszę jak posłowie mówią, że służą Polsce. Tylko mówią. Brzmi to górnolotnie i ma mało wspólnego z tym co się dzieje. Polska to MY obywatele. Nie tylko nazwa geograficzna ale i żywy organizm. Mało który z posłów koalicji, opozycji  i rządzących  o tym pamięta.
No, ulżyłam sobie ale ten zły sen nie skończy się tak szybko. Nie wystarczy otworzyć oczu, żeby koszmar odszedł w niebyt. Pozostaje w głowie na długo i budzi strach.

środa, 5 grudnia 2012

Nic nowego


Wstałam dzisiaj raniutko a za oknem nadal śnieg  i niebo takie ponure. Te chmury zwiastują dalsze opady


Wysypałam ziarno dla ptaków i przez okno kuchni obserwowałam czy przylecą. Najpierw z wizytą  wpadły sikorki. Jedna grubiutka rozbawiła mnie do łez. Szybka mimo widocznego brzuszka i waleczna. Dlaczego waleczna? Ano, po raz pierwszy zagościł u mnie na tarasie kos. Skakał kolo karmnika i przeganiał sikorki.  Mój pupil! 
Kto by pomyślał, że taki z niego egoista. Sikorka umykała a za chwilę już była za jego ogonkiem i podkradała ziarna. Zanim pobiegłam po raz kolejny po aparat, ważniaczki już nie było. Została jedna sikoreczka, która karnie czekała na swoje miejsce  kolejce.. 


Dobrze jest się zatrzymać na chwilę. Nie oglądać smutnych czy wkurzających wiadomości. Poobserwować ptaki, pójść na spacer z Lejką. Wróciłam zmęczona a Lejka padała na pyszczek. Zimnoooooo!


Potem to już rutyna. Obiadek dla dziadka, osobno dla nas. Ani się obejrzałam niebo zmieniło swoją szatę. 





A teraz zapraszam . Cieplutko i miło.
 
 

niedziela, 2 grudnia 2012

Pieski,kotki i ...chmury



Odkąd sięgam pamięcią, w moim otoczeniu zawsze  były pieski i kotki. Pierwszego pieska znalazłam w obskurnej bramie. Maleńki, zapchlony i porzucony. Wsadziłam go za pazuchę zimowej kurtki i przyniosłam do domu. Mama , kobieta wielkiego serca zaniemówiła na nasz widok. Piesek piszczał a ja drapałam się niemiłosiernie bo oblazły mnie pchły. I piesek i ja wylądowaliśmy w łazience , gdzie moja kochana rodzicielka poddała nas działaniom higienicznym. W miedzy czasie okazało się, że pieska trzeba było karmić z butelki. Był z nami kilkanaście lat. Później była moja ukochana wilczyca Kama. Do tej pory jak o niej myślę, robi mi się ciepło na sercu. A teraz jak wiecie mam Lejkę. Uroczy kundelek i przyjaciel na dobre i złe. Kiedy leżę na kanapie układa  się za moimi  plecami i dmucha mi  do ucha, kiedy za długo siedzę przed ekranem komputera, to trąca mnie łapką i domaga się uwagi. Rozpuściłam ją jak dziadowski bicz. Mea culpa..

 Moi synowie odziedziczyli słabość do zwierząt. Jeden przygarnął kotka, którego znalazła synowa





Drugi syn wraz ze swoja sympatią zostali opiekunami tych dwóch urwisów 



A teraz o chmurach
Młodszy syn podczas eskapady  w góry zrobił świetne fotki. Ma słabość do wspinaczek i ekstremalnych jak dla mnie wyzwań. Widoki cudne ale nie ma takiej siły na świecie, która zmusiłaby mnie do takiego wysiłku. Wysoko, rzadkie powietrze i duży wysiłek fizyczny. Rozbijanie bazy, wiatr i mróz. Nie mam pojęcia po kim odziedziczył taką pasję ale po mnie na pewno nie. Odetchnęłam z ulgą kiedy  wrócił cały i zdrowy do domu. Ech, ci mężczyźni. Nie mogą żyć bez adrenaliny. Im trudniej, tym lepiej. Masakra. A za oknem śnieg…




Miłego tygodnia


czwartek, 29 listopada 2012

Morze



Pamiętam z jakim zachwytem spoglądałam na morze. Dla mnie, dziecka ze Śląska, było czymś absolutnie cudownym. Ja Hania wychowana w gęstej zabudowie familoków, podwórkach studniach i wdychająca trujące opary z pobliskich hut, nie mogłam uwierzyć, że jest coś tak pięknego, czystego i bezkresnego. Biegłam jak szalona po piaszczystej plaży, bawiły mnie bezczelne mewy i całkowicie pochłaniały cudowne zachody słońca. Gorączkowo zbierałam wyrzucone na brzeg muszelki i bryłki jantaru. Sosnowe lasy rozsiewały upajający zapach igliwia a widok kutrów ruszających na połów ryb był nie lada atrakcją. I to pozostało we mnie do dzisiaj. Ostatni pobyt nad morzem zaliczyłam 2 lata temu. Całe dwa tygodnie słonecznej aury. Spacery, spacery, wędrówki po kamiennym molo i ten nieustanny zachwyt na widok zachodów słońca. Zupełnie jakbym wróciła do czasów dzieciństwa. Łagodne fale muskały piach, w powietrzu unosiła się delikatna bryza.
Aż któregoś dnia morze się rozgniewało. Wędrowałam po plaży patrząc na  gniewne wody, które z hukiem zabierały fragmenty plaży. Padał drobny deszcz, krzyk mew stał się napastliwy a mnie w głowie ułożył się wierszyk. 

Niespokojne morze

Pomarszczona tafla morza
Fale szepczą pieśń kroplami
Niespokojne wody szumią
Obsiewając  piach muszlami

Mewy krzyczą, ciemne niebo
Pokazuje twarz niechętnie
Płacze łzami słonej rosy
Wiatr zawodzi głucho, smętnie

Niespokojne morze szumi
Ten niepokój mnie obudził
Jestem czasem jak to morze
Gniewna pośród innych ludzi.

Słowa- krzykiem białej mewy
Wiatr wiejący- zaciętością
Jak to morze gniewne pianą
Przepełniona bywam złością.

Czas przemija, wiatr już ucichł
Zachód słońca złotem krasi
Złość odeszła gdzieś w nieznane
Noc  ostatni promień gasi.

Tak się życie plecie, że zamieszkałam na Ziemi Cieszyńskiej. O rzut kamieniem od Ustronia, Wisły i Brennej. O dalszy rzut kamieniem od Koniakowa, Istebnej i Jaworzynki. Piękne tereny, szczególnie jesienią. Lubię wędrówki po górkach i mało uczęszczanych szlakach. Samych miasteczek unikam, bo wypełnione są masą turystów a ja nie lubię tłoku.
W duszy jednak ciągle gra mi szum morskich fal i zapewne tak już pozostanie. Często spoglądam na bursztynowy wisior, który dostałam od męża i wspominam, wspominam… Chyba się starzeję…. A Wy lubicie morze? 

Opowieści muszli

Poznałam morze wzburzone sztormem
I zachód słońca zdobny czerwienią
Gwiazd migotanie, lśnienie księżyca
Mój świat podwodny w czary zamienią

Wśród  morskich głębin  sekretne życie
Pośród jantaru  bryłek  złotawych
Stadko koników płynie dostojnie
Toczy się życie  swym tempem żwawym

Bierzesz mnie w dłonie, przytykasz ucho
Snuję swe baśnie wewnątrz zaklęte
Ty  zaś wsłuchujesz się w nie zachłannie
Marząc o toni podwodnym pięknie

Barwach korali, ukrytych  skarbach
Perłach , jantarze, lśniących nieśmiało
Na nic  fantazje, chciałbyś zobaczyć
Chciałbyś ich dotknąć, marzyć to mało.

Gdy mnie porzucisz na pustej plaży
To  inne dłonie przytkną do ucha
Będę znów snuła swe opowieści
Komuś kto chętnie będzie ich słuchał.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Feministka?

(google/grafika)


Zastanawiam się czy jestem feministką czy nie. I nie wiem. Wąsów nie mam, grubej Berty nie przypominam, płeć męska na mój widok nie wieje gdzie pieprz rośnie. Preferencje  seksualne  prawidłowe jak rzekłby rodak z Frondy. Dzieci posiadam i instynkt Matki Polki też. Cenię  sobie przyjaźń z mężczyznami i mimo sarkania  lubię i doceniam tę  płeć. Nie  jestem agresywna ani wulgarna, staników też nie palę, bo lubię ładną bieliznę i jest mi zwyczajnie żal pozbywać  się  pięknych ciuszków. Cynizmu nie znoszę , drapieżna nie jestem. Raczej takie połączenie synogarlicy z aniołem. No , proszę do tego skromna ze mnie niewiasta. Kariera  zawodowa jakoś mnie nie kręciła. Chyba nie jestem feministką ale…
Z drugiej  strony jako dziecko bawiłam się autkami, grałam w piłkę nożną, uprawiałam dżudo i zawód mam taki bardziej  męski. Wkurza  mnie dyskryminacja płacowa, postawa kościoła wobec kobiet i mówienie przez panów posłów i nie tylko,  co jest dla mnie właściwe a co nie, wskazywanie mi mojego miejsca w szeregu, porady kościoła, żebym milczała jak dzieje mi się  krzywda i przyjmowała to z pokorą. Denerwuje mnie  ślamazarne tempo  w jakim Państwo wspiera kobiety i  zbyt mała ilość pomocy dla matek. To może jestem feministką? 

Słucham  potwarzy i obelg pod adresem feministek i dziwi mnie jak  beztrosko panowie lubią wrzucać wszystkie poglądy do jednego worka i jak łatwo  przyklejają  etykietki kobietom. Walczy o swoje prawa-feministka, chce  legalizacji  aborcji-feministka,  gada coś o równości kobiet i mężczyzn w kościele-feministka i satanista. Dziękuję  Opatrzności, że stosy już nie płoną i że nie ma pławienia czarownic. 

Drażni  mnie swoją dwulicowością poseł  Piecha. Gorący przeciwnik aborcji, mający na sumieniu setki o ile nie tysiące przeprowadzonych zabiegów i tłumaczący się tym, że takie były wtedy czasy. Nie dla wszystkich pośle Piecha, nie dla wszystkich. Niektórzy pana koledzy nie robili skrobanek i nie słyszałam, żeby ktoś z nich był za to szykanowany. Drażnią  mnie słowa potępiające  in vitro a płynące z ust  pana czy pani mających kilkoro przychówku . Gadał  ślepy o kolorach.
 
Rozbawił mnie ostatnio (na szczęście już były poseł) Krzysztof  Oksiuta
„Rząd niewiele robi, by podnieść dzietność kobiet. A można przecież na rok zakazać sprzedaży środków antykoncepcyjnych „- napisał Oksiuta na Twitterze.
 Niezły pomysł. Proponuję wprowadzić podatek dla bezdzietnych rodzin, podatek dla singli i obligatoryjny nakaz rodzenia dzieci. Najlepiej w myśl zasady; co rok to prorok.
Kobiety w naszym kraju mają swoje problemy. Brak żłobków i przedszkoli, słabe reagowanie na przemoc w rodzinie,  słaba  polityka prorodzinna, utrudniony dostęp  do awansu zawodowego. Mówienie im jak mają myśleć i co mają czuć, to hipokryzja w najczystszej postaci.
I dalej nie wiem czy jestem  feministką  czy  nie.

piątek, 23 listopada 2012

Nie znasz dnia...

(wykop.pl)  


Czytam artykuł w gazecie i oczom nie wierzę a powinnam. Trochę już żyję w naszym pięknym kraju nad Wisłą , mało co mnie zdziwi a jeszcze mniej zbulwersuje. A tu, proszę!
Jeśli nazywasz się X i mieszkasz w mieście Y, to nie wykluczone, że nie jesteś jedyną mieszkanką o takim nazwisku i imieniu. Zdarza się? Zdarza. Żyjesz w błogiej nieświadomości o swojej wyjątkowości a tu …

Nie masz swojej kasy. Nie dlatego, że nie masz ale dlatego, że zajął ją komornik na poczet długów. Jakich długów, myślisz sobie. Trybiki pracują na maksymalnych obrotach i za nic nie możesz sobie przypomnieć o jakimkolwiek długu. Że to nie możliwe? Witaj w krainie absurdów. Możliwe.

Pani X w mieście Y(ale to nie ty) narobiła długów. Wierzyciel wystąpił do sądu.  Podaje imię i nazwisko dłużnika, bez numeru PESEL. Sąd  orzeczenie o spłacie wierzytelności wydaje z automatu. Nie sprawdza wiarygodności danych dłużnika. Prawo tego nie nakazuje, więc po co się wysilać?
Wierzyciel dysponując nakazem zatrudnia komornika. Komornik bierze się do pracy, szuka delikwenta. Jeśli mu się chce to weryfikuje dane ,bo posiada takie możliwości ale obowiązku nie ma
Jeśli zaś trafimy na leniuszka, to mamy przegwizdane. To spotkało właśnie panią X. Bingo! Trafiona , zatopiona. Blokada konta i ściąganie wierzytelności. Bo nazywa się X i mieszka w mieście Y. Komornik nie sprawdza  numeru PESEL. Że to nie jej  dług? A kogo to obchodzi? Niech ma  pretensje do rodziców czy męża, że nie noszą nazwiska Ktośupadłnagłowę. Wtedy miałaby szansę uniknięcia zawirowań..

Po otrząśnięciu się z szoku pani X rusza do walki. Monituje, prostuje i co? A nico. Żeby otrzymać swoją kasę musi założyć sprawę sądową. Nie, nie przeciw Izbie Komorniczej. Przeciwko wierzycielowi, bo to on cieszy się jej  kasą. Jak wygląda takie postępowanie mogę się tylko domyślać. Pewnie sprawę wygra ale kiedy i jakim kosztem to już inna sprawa. I pomyśleć, że wystarczyłby tylko numer PESEL do nazwiska i nie doszłoby do blokady konta niewinnej osoby.. 

Takich absurdów jest więcej. Choć życie wskazuje na potrzebę poprawy przepisów, nic się nie robi w tej sprawie. Lepiej oglądać panienki na tabletach i dłubać w nosie. Obywatel sobie poradzi. Tylko niech posłom  głowy nie zawraca, bo pracują nad dobrem kraju i na głupoty nie mają czasu. 

Jak pomyślę, że 500m ode mnie mieszka osoba o tym samym imieniu i nazwisku, to ciarki po mnie chodzą. 

Miłego weekendu i niech PESEL będzie z Wami.

czwartek, 22 listopada 2012

Taki kłopot

(grafika google)


- Witam sąsiedzie. Dawno pana nie widziałam. Co to za niewyraźna mina?
   Pogoda dokucza?
- Jaka tam pogoda, pani Haniu. Z myślami się biję i już wiem, że przegrałem.
- Niech sąsiad nie będzie takim pesymistą. O co się rozchodzi?
- Jest tak, pani Haniu. Święta się zbliżają , trzeba pomyśleć o prezentach a ja nie
  mam do tego głowy. Dzieci to nie problem ale z Henią mam kłopot.
- Prezenty? Jeszcze czas przecież.
-Tak myślałem w zeszłym roku sąsiadko i poczekałem na ostatnią chwilę. 
  Jak wspomnę  reakcję Heni na mój prezent, to jeszcze teraz mnie trzęsie. Co się 
  nagadała, co mi wypominała to jej a mnie siwych włosów przybyło, to pani powiem.
- Noooo?
- Umyśliłem sobie, że jej kupię coś praktycznego. I kupiłem  deskę do prasowania. 
Ciągle narzekała na starą. Pomyślałem, co się ma męczyć kobita. Niech ma. Schowałem ją na stryszku i czekałem. Przyszła wigilia, dzieciaki porwały swoje prezenty a ja Heni daję deskę. Poczerwieniała a ja durny myślałem, że to z radości. A ta jak się nie weźmie pod boki, jak nie zacznie marudzić, myślałem, że szlag mnie trafi. „ Jak już chciałeś mi ulżyć to samemu sobie prasuj. Musiałam czekać na wigilię żebyś mi deskę kupił?
To tak jakbym ci nowe widły kupiła  żebyś miał czym robić.” 
Prezent ma być osobisty, mówiła. No i teraz aż ciarki po mnie chodzą jak sobie o prezencie dla Heni pomyślę.

- Oj, nie popisał się sąsiad. Henia rację ma. Niech sąsiad powie, co Henia lubi, 
   czego używa, może coś razem wymyślimy.
- Jakieś mazidła ma na toaletce i po nocach mnie straszy jak je na twarz nakłada.
   Od dzieci dostała perfumy, zadowolona była a tu taka poruta z tą deską.
- Tyle lat jesteście razem sąsiedzie a własnej żony sąsiad nie zna?
- Kiedyś było łatwiej, bo szwagierka zawsze wiedziała co Henia chce ale teraz 
   się wyprowadzili i mam kłopot na głowie
   Kto by tam za kobitą nadążył, pani Haniu.
- Co sąsiad dostał od Heni?
- Narzędzia do samochodu mi dała. Niech Hania się nie śmieje, bo trafiła jak rzadko. 
   Wie, że lubię w aucie grzebać, czasem sama mi pomaga. Takich nie miałem, 
   z synami się dogadała, poradzili co i jak i dostałem. Jakbym szóstkę w totka trafił.
- No i widzi sąsiad!. Kupiła coś, co potrzebne ale też do czegoś co sąsiad lubi robić. 
   A prasowania Henia z zasady nie lubi.   
- Co prawda, to prawda.
- Może jakąś książkę jej kupić, Henia lubi czytać.
- Książkę? Bo ja wiem? OOOO!. Teraz przypomniało mi się, że Henia zbiera takie 
   albumy ze zdjęciami zabytków. Ma tego trochę ale ostatnio mówiła, że jej Krakowa  
   brak, bo album drogi i odpuściła. Może to?
- Henia to praktyczna kobieta ale i takie mają czasem ochotę na mały zbytek. 
  Sąsiad jej kupi ten album, powiem który, bo byłam z nią wtedy w księgarni.
-No i nie ma to jak z sąsiadką pogadać. Kupię, niech ma jak lubi a w przyszłym roku 
  znów do Hani przyjdę po poradę, bo ja to za kobietami nie nadążam.

wtorek, 20 listopada 2012

Śmierdzący problem



Niedługo zacznie się sezon grzewczy. Trochę mnie to przeraża. Od czterech lat mieszkam na wsi. Ktoś powiedziałby, takiej to dobrze. Nie mówię, że źle ale w zimie robi się z lekka tragicznie. Otóż nie ma czym oddychać. W powietrzu unosi się niesamowity smród. Gdy wychodziłam z Lejką na spacer, szybko rezygnowałam z tej wątpliwej przyjemności. Piesek sam uciekał do domu.
Jak to w takiej miejscowości, wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi. Wystarczy popatrzeć na smoliste, rudawe kłęby dymu z kominów. Ludzie spalają w piecach wszystko co się da. Jest to o tyle dziwne, że gmina co kwartał odbiera bezpłatnie plastiki i inne odpady. Zostawia się pełne worki i odbiera następne, puste. Mimo to, do pieców wędrują wszelkiej maści śmieci. Gmina jest niezamożna. Brak chodników przy ruchliwej drodze, rowy melioracyjne nie są czyszczone a to grozi zalaniem domostw po obfitych opadach. Nie ma dofinansowania dla osób ogrzewających domy ekologicznym paliwem. Gmina sama sobie nie poradzi.
Problem jest coraz powszechniejszy i dotyczy coraz większej ilości miast i wsi. Normy zanieczyszczenia powietrza  przekraczane są o 200, 300, ponad 400%.. Często winę za ten stan rzeczy ponosi położenie, prywatne zakłady, często przydomowe kotłownie.
W Rybniku grupa mieszkańców chce zaskarżyć władze polskie o nieprzestrzeganie dyrektywy, która obowiązuje od 2010 roku. Filtry czyszczące mające działać rok, wysiadają po 4 miesiącach. Przepisy nie regulują norm w przypadku indywidualnego ogrzewania domów. Jedyne co miasta są w stanie zrobić, to ogłaszać komunikaty o pozostaniu w domach. Na wsiach każdy liczy na swój nos. A co z tymi, którzy wyjść muszą?
Ludzie są systematycznie podtruwani, nikt z tym nic nie robi a mieszkańcy wyjeżdżając na urlopy w kraju, muszą płacić opłaty klimatyczne. Im nikt nie płaci za siedzenie w smrodzie.
Najbardziej ekologiczne jest ogrzewanie gazem. Problem w tym, że mało kogo na nie stać. Ceny pieców nie należą do tanich, o cenie gazu nawet nie wspomnę Podobnie mają  się rzeczy z cenami pieców i cenami  eko-groszku. I pewnie tu jest pies pogrzebany. Nie ma żadnych ulg. Ludzie ogrzewają się  paląc mułem. Bo najtańszy. Palą plastiki bo oszczędzają nawet na mule. I tak to się kręci. A jak jest u Was?