Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

środa, 29 sierpnia 2012

Jestem, żyję, Bubuś też.







Tak pieszczotliwie zwracał się do mojego ogiera trener. Powiedział, że prawdziwe imię wyjawi mi jak już zostanę pełnoprawną amazonką, bo nie chce żebym  teraz zasugerowała się prawdziwymi możliwościami Bubusia. Czasem niewiedza bywa błogosławieństwem.
Wiem nie od dzisiaj, że do ułomków nie należę ale wskoczenie na siodło było nie lada wezwaniem. Kuper mam ciężki , kurza kostka. Daliśmy radę. Ja dumna a konik nawet nie stęknął. Najpierw było utrzymanie w siodle, potem przytulanki i karesy a wierzcie mi, że położenie się na końskim grzbiecie i drapanie za uszkami proste nie jest, tym bardziej, że konik był w ruchu. Jazda w strzemionach i bez, anglezowanie (o matko, to było ekstremalne), potem kłus roboczy. Preferuję ten drugi bo tyłek jest przyrośnięty do siodła a przy anglezowaniu to już nie ma tak łatwo. Potem udaliśmy się na  przejażdżkę nad jezioro i przez las. Towarzyszyła nam mała dziewczynka. Ledwo to od ziemi odrosło a jeździ świetnie. Jednak systematyczność i brak strachu daje u dzieci dobre efekty. Pogoda cudna, Bubuś numerów nie odstawiał i tak w symbiozie wróciliśmy do ośrodka. Jeszcze tylko parę kółek wolnym kłusem i …koniec. Jak na pierwszy raz  od trzydziestu lat całkiem nieźle.  Ośrodek jest niecałą godzinkę od mojego domu. Następnym razem może być ciekawie bo mąż zaczął coś bąkać, że on też byłby chętny. Póki co czeka aż zacznę stękać i kwękać.  W życiu! Popłaczę sobie najwyżej w poduszeczkę  i tyle. Na razie nie mam powodów choć kuperek i kolana czuję jak nigdy. Ale co tam, było warto.
Jutro Jaworzynka, Koniaków i Istebna. W piątek Stromberk, w sobotę Bubuś a w niedzielę impreza rodzinna. 37 rocznica ślubu. I to dopiero jest jazda!. Ani się człowiek oglądnął a tu taki staż karny.
Pozdrawiam Was serdecznie.


wtorek, 28 sierpnia 2012

Jeszcze urlopowo

Dom Narodowy w Cieszynie
Widok ze Wzgórza Zamkowego






Takiego urlopu nie miałam od lat. Wyjazdy, powroty i znowu wyjazdy. Krótkie, wyrywkowe ale dały mi w kość. I dobrze.
Wisła, Ustroń, Cieszyn, Brenna zaliczone. Czantoria nie ma przede mną tajemnic a Równica powaliła mnie na kolana. Spacerku mi się zachciało. Fantazja woła "naprzód" a nogi odmawiają posłuszeństwa. Zakwasy mam i tyle. Taki los kanapowców, niestety. 

W drodze



Równica
 Pogoda cudna a ja szykuję się do następnej wyprawy. Jutro Pszczyna, zamek, park ale przedtem o ile przeżyję do rana, Goczałkowice –Zdrój. Zachciało się Hani zostać amazonką to zostanie. O godzinie 11.00 zaczynam jazdę konną. Chyba na głowę upadłam ale co tam. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Zadzwoniłam do Szkółki, uprzedziłam, że jestem zielona jak szczypiorek na wiosnę . Chyba liczyłam na odmowę a tu zonk!. Właściciel lubi szczypiorek i deklaruje daleko posuniętą pomoc w ujarzmianiu rumaka. Biedak, nie wie na co się pisze. Koń też nie, no ale jego to akurat nikt o zdanie nie pytał. Mąż będzie robił za fotografa a jakby co, to zajmie się i pochówkiem. Nie sprecyzował tylko czyim ale dał mi do rozważenia sugestię sporządzenia ostatniej woli. No i patrzcie-37 lat razem a tak mnie nie docenia. Na konika mam metodę. Jak już żadne słowne argumenty nie przemówią do końskiej głowy a na łapówkę konik popatrzy z obrzydzeniem, to użyję argumentu wagi ciężkiej. Czyli siebie samej na końskim grzbiecie. Koń nie będzie miał szans. Coś na ten temat wie moja kanapa. Oby koń nie skończył tak jak ona, bo droższy jest i trudno go wymienić na nowego.. Jak oboje przeżyjemy to zdjęcia jakieś  wrzucę a jak polegnę to będę odwiedzać Was w koszmarach sennych.
Pojutrze wyprawa do Istebnej, Jaworzynki i Koniakowa. Na końcu zostawiam sobie małe urokliwe miasteczko Stromberk w Czechach. A od poniedziałku wracam w domowe pielesze na stałe.
Pozdrawiam Was serdecznie.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Niedzielnie


To był piękny dzień. Skuszona ładną pogoda zwinęłam się do ogrodu. Mąż zawsze twierdził, że  w kopaniu ziemi jestem lepsza niż glebogryzarka . Grzebię w grządkach w najlepsze a tu pojawia się wiatr. Suchy i bardzo gorący. Nie przepadam za takimi atrakcjami ale co mi tam wiatr. Nie ze mną takie numery, pomyślałam.
Błąd. Duży błąd. Powiało i sypnęło mi ziemią w cudne oczęta. Wściekłam się i na wpół oślepła ruszyłam do domu. Oczka przepłukałam i tyle. Cały dzień czułam dyskomfort ale twarda dziewczyna jestem i byle gleba mnie nie pokona. Następny błąd.
Rano obudziłam się nawet dziarsko ale co z tego. Zamiast oczu zobaczyłam dwie szparki.
Białka  zaczerwienione, wyglądałam jak  zombie.
Lekarz popatrzał w oczęta, pokiwał głową. Zrobił płukanko tym i owym, dostałam mazidła i rygorystyczne zalecenie: żadnego kompa, żadnej telewizji. Masakra.
Jak przeżyłam sama nie wiem ale jakoś mi się to udało. Filmy oglądałam uszami a laptopa mąż mi schował. I tyle było mojego.
W piątek kontrola, lekarz zadowolony a ja jeszcze bardziej, bo mogłam mu się dobrze przyjrzeć. A było na co!
Jestem niestety wyrywna kobietka więc wyrwało mi się
-OOOO! Ale z pana kawał  przystojniaka!
Chłopię roześmiało się w głos i stwierdziło, że  z moim wzrokiem jest już ok.
No, myślę! Kogo jak kogo ale tego faceta nie można było nie zauważyć.
W niedzielę nareszcie odpaliłam komputerek, weszłam na net.
Witaj, mamusia wróciła!
Skrzynka pocztowa pęka w szwach, blog  zasypało kurzem, zaległości w odwiedzinach Waszych blogów sięgają zenitu.
I niech mi kto powie, że biednemu wiatr w oczy nie wieje to uduszę. Powoli i namiętnie, że tak powiem. Bez litości.
Siedzę na tarasie, świeci słoneczko, na stoliku kubek parującej kawy a ja zaczynam czytać Wasze notki.
Od poniedziałku czeka mnie okres małych wypadów w górki. Brenna, Wisła, Ustroń, Koniaków, Istebna. Blisko i cudnie tam jest.
Powłóczymy się trochę, bo nareszcie mąż ma urlop. Koniec z obiadkami i siedzeniem w kuchni. Natura mnie wzywa a , że w przeciwieństwie do oczu uszy mam OK. to  wołanie to słyszę.
Pozdrawiam Was słonecznie .

czwartek, 9 sierpnia 2012

Pieskie życie


 
Wybaczcie, że pojawiam się ostatnio tak rzadko ale nadal tkwię po uszy w przetworach.
Jeszcze tylko do soboty a potem koniec . Do września.


  
Zawsze miałam do nich słabość i ciągle spotykałam je na swojej drodze.
Pierwszego pieska znalazłam w bramie. Ciemnej, zimnej i ponurej. Szczeniaczek porzucony przez jakiegoś drania. Nie namyślałam się długo i raz dwa znalazł się za moją pazuchą. Wracałam do domu tramwajem, myśląc co też powie Mama na takie znalezisko. I pchły, które mnie oblazły.
Nie była zachwycona ani jednym ani drugim ale  po jakimś czasie zaakceptowała Kubusia. Pcheł nie. Był z nami 12 lat.
Drugim pieskiem była Kama.
Zadzwoniła do nas znajomy z pytaniem czy nie wzięlibyśmy pieska. Rasowy owczarek  niemiecki. Synowie na to jak na lato a ja jakby mniej.
Okazało się, że suczka ma rok, właściciele wyjechali zagranicę a pieskiem opiekuje się krewna i szuka dla niego domu. Z rozmowy wynikało, że Kama jest zamknięta przez całe tygodnie w domu , wyje z głodu i sąsiedzi nie mogą już tego wycia słuchać i na własną rękę szukają dla  psiaka  lokum.  Zawiadamiali TOZ ale pracownicy całowali klamkę  bo opiekunka mieszkała gdzie indziej niż psiak. Nie wierzyłam własnym uszom.  Zadzwoniłam pod wskazany przez znajomego telefon, umówiłam się z „opiekunką Kamy”  i pojechaliśmy po nią. Matko jedyna. Czegoś takiego to się naprawdę nie spodziewałam.
Wycieńczony piesek z żebrami na wierzchu , zmierzwioną sierścią i pazurami na kilka centymetrów. Baba coś  tam mówiła jaki to dla niej kłopot, że zgodziła się na opiekę ale nie daje rady, bo to mieszkanie w którym piesek przebywa jest daleko a do siebie go nie może wziąć bo ma 6 kotów. Miała to fakt. W mieszkaniu śmierdziało straszliwie, kuwety nie czyszczone chyba z tydzień. Narzekała, że mieszkanie w którym przebywała Kama jest zapaskudzone a jak chciała zrobić tam pranie to okazało się, że Kama zjadła z głodu proszek do prania. Myślałam, że babę uduszę. A co miał zrobić pies zamknięty cały czas w mieszkaniu i dostający raz na tydzień coś do jedzenia? O ile dostał. Bez słowa zabrałam Kamę na smycz i nawet się z babskiem nie pożegnałam. Prosto od niej pojechaliśmy do weterynarza. Zanim zdążyłam wydukać w jakiej sprawie, spadła na mnie lawina wyrzutów . Facet tak się wściekł na widok Kamy, że puściły mu hamulce.
Czekałam aż się wywnętrzy i spokojnie wyjaśniłam sytuację. Po badaniach weterynarz wyjaśnił sytuację mnie.
Było fatalnie. Weterynarz stwierdził, że szanse na uratowanie psiaka są marne.
Zaaplikował na miejscu kroplówkę, kazał karmić bardzo oszczędnie, podał zastrzyk i rzucił " jeśli przeżyje tydzień to z tego wyjdzie ale potrzebuje opieki 24 godziny na dobę".
 Wzięłam urlop.  Kama pozwoliła się wykąpać, karmiłam ją  z ręki bo z miski   jeść nie chciała.. Grzecznie załatwiała się na spacerach. Kolejna wizyta u weterynarza i szeroki uśmiech. Udało się.
Tak wiernego pieska jeszcze nie miałam. Chodziła za mną krok w krok, nie opuszczała nawet na chwilę. Kiedy wracałam z pracy witała mnie tak, że cudem nie nabijałam sobie guzów. Wyrosła z niej piękna suczka. Była z nami 13 lat.
A teraz mam Lejkę. Ze schroniska, kundelek.
Wzięłam ją pewnego styczniowego dnia. Siedziała dostojnie na dachu budy patrząc z góry na kotłujących się towarzyszy niedoli.
Minęły 3 lata, chodzi ze mną na spacery, siedzi na kanapie i patrzy jak wklepuję post. Teraz trąca mnie łapą i domaga się karesów. Siedem pociech z tej Lejki. Kiedy mąż wraca z pracy, zatrzymuje auto  za bramą a psina cała szczęśliwa pędzi na spotkanie, wskakuje do samochodu i łaskawie pozwala podwozić się  pod dom.  Całe 50 metrów.
Jak tylko zbliża się burza to nurkuje do swojego schowka i udaje, że jej nie ma.
Weterynarza zdecydowanie nie lubi. Obcinania pazurków też nie. Jest tylko jedno miejsce w którym na to pozwala. Taras. Pada, nie pada, zima i mróz, nie gra roli. Tylko tam. Jeśli za długo jest sama, bawi się w ekwilibrystykę. Do miseczki z jedzeniem wkłada miseczkę  z wodą. Do góry dnem. Ewentualnie przynosi sobie z garderoby kapeć męża lub mój i leży przy nim dopóki nie wrócimy. I jeszcze jedno. Lubi koty!
I jak tu nie cieszyć się z takiego towarzystwa ?

piątek, 3 sierpnia 2012

Remont, remont i...ogórki


Zachciało się Zosi  jagódek a Hani remontu . Skromnego, bo to raptem parę pokoików ale jednak. Słodka godzino! Takiego pandemonium to nie pamiętam a swoje latka przecież już mam. Po tym kataklizmie z trudem dochodzę do siebie. Lejka znerwicowana tak jak i jej pańcia, spędzała całe dnie na tarasie. No ale już po wszystkim. W jednym z pokoików urządziłam mały gabinecik dla męża. Niech ma, zasłużył sobie a co mu będę żałować. Usiadłam  w foteliku i zbierałam siły do gruntownych porządków, puściłam płytkę na nagrywarce  a tu z ekranu patrzy na mnie Perfekcyjna Pani Domu. A gdzie mój film???? Piękna , zgrabna i niegłupia kobietka pogania te swoje 2 niewolnice. Czuję, że rusza mnie sumienie. Nie jestem fanką takich programów ale muszę przyznać, że niektóre pomysły są praktyczne i pomocne. Prawda jest taka, że jak coś robić to robić dobrze. Nie trzeba latać ze ścierą na okrągło, systematyczność to podstawa.
Ślicznotka zerka na mnie tymi pięknymi oczętami i wywija ścierą. No, żesz ty! Nawet taka laska nie  będzie mi  podskakiwać. A ja to co? Od macochy? Zapomniałam o zbieraniu sił, chwyciłam za mop, ścierki, przygotowałam wodę z sodą  i octem i do dzieła. Ruszyłam jak taran. Porządki przedświąteczne to była przy tym pestka. Pot leciał ze mnie ciurkiem, Lejka patrzała z politowaniem a ja amoku dostałam. Odbiło mi. Wszystko naraz i szybko. Po 5 godzinach miałam dosyć. Spojrzałam w lustro i słów i mi brak. Nijak nie byłam podobna do Perfekcyjnej Pani Domu. Obraz nędzy i rozpaczy ale efekt pracy był widoczny gołym okiem. Postanowiłam trochę odpocząć, zaparzyłam kawę w ekspresiku, gazetka do łapek i….. 
Podjeżdża samochód. No tak. Mąż wrócił z pracy . Lejka jak zwykle pobiegła go przywitać a ja nijak nie mogłam wstać z kanapy. Na schodach słyszę rumor i wołanie męża, ruszam wreszcie tyłek … i  gorzko tego żałuję. Na podeście stoją sobie dumnie 2 wory ogórków! Całe 20kg! A mąż donosi a to cebulę a to marchewkę a to paprykę. W cieniu podestu widzę worek buraków. Piorun we mnie strzelił ale zanim odzyskałam głos usłyszałam: no co? Powiedziałaś, że chcesz dziś zrobić  parę słoików  sałatek bo pojutrze przyjeżdża Gaja i nie będziesz miała czasu. Kupiłem trochę więcej! Popatrz jakie ładne! Słów mi zabrakło. Fakt, coś o tym wspomniałam ale o ile skleroza mnie całkiem nie pogrążyła to miało być 4kg ogórków i tej całej reszty. Co to ja przetwórnia jestem?
Dziś jest piątek. Słoiki przygotowane, sałatka się przegryza a ja piszę posta. Został mi jeszcze jeden worek ogórkowego i buraczkowego piekła. Do wieczora mam zajęcie ale za to weekend będzie tylko mój i wnuczki. Żadnego gotowania obiadków. Relaks i pełnia szczęścia. A we wrześniu kapusta… ale tym razem to ja zrobię zakupy!