Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

piątek, 28 września 2012

Aaaapsik!



Taaak. Dopadło mnie. Najchętniej udawałabym, że to wina halnego, który szalał od dwóch dni ale nic z tego. Mój miły, uroczy i skądinąd przykładny mąż , zbiesił się i obdarował mnie katarem. Całe życie, odkąd jesteśmy razem, dzielił ze mną wszystko. No to mam za swoje. I tak zachował umiar, bo jest w o wiele gorszej kondycji niż ja, jego Ksantypa. Ponoć złego licho nie weźmie. Zobaczymy. Wczoraj zaczął kichać piesek. Lejka, pupilek męża i wredna zdrajczyni pańci. Jak to jest, że gdy jesteśmy same, to świata za mną nie widzi a jak tylko pan pojawi się w  zasięgu jej wzroku, to dostaje małpiego rozumu? Nie powiem, ja też się cieszę ale na kolana mu nie wskakuję i nie gapię się rozkochanym wzrokiem albo mówiąc obrazowo, jak piesek w kość. Tak czy tak, Lejka kicha. Wczoraj leżała na dywaniku przy łóżku roznosiciela bakterii i tworzyli duet doskonały. A kto będzie tworzył kichający duet ze mną, co?
Dzisiaj znowu jesteśmy same. Nosiciel zarazków pomknął ochoczo do pracy. Tam nikomu ich nie przekaże, bo będzie sam. Za oknem słoneczko, na trawie przymrozek a w pokoju unosi się zapach maści mentolowej. Katarek jakby mniejszy ale jestem całkiem przymulona. A robota czeka. Dziadek na obiadek też. Może się zdziwić bo straciłam smak. Jedyna nadzieja w tym, że mnie kocha i wybaczy niewypał kulinarny. Nici z naszej pogaduszki, bo nie chcę go narażać na przeziębienie. Podam szybciutko  obiadek przez otwarte drzwi i zmykam do domku. 
Wieczorkiem zaaplikuję sobie herbatkę z „prądem”. Mam takowy schowany od zeszłego roku. Nalewka z  miodu na spirytusie. Ostatnia buteleczka. W zeszłym roku dałam dziadkowi butelczynę na wypadek „słabości” a sobie zostawiłam resztę. Po dziadkowej ślad zaginął, bo wzmacniał się nią w zimowe wieczory. Muszę zrobić mały zapas. Lejka ulokowała się za moimi plecami i grzeje mi cynaderki. Zdrajczyni. Nie ma pana, nie ma kichania. Do powrotu męża będzie się za mną snuła jak cień. 
Wczoraj po raz pierwszy była sama przez 8 godzin bo byliśmy w Zabrzu. Powitanie było gorące. W domu porządek, jedynie nasze butki przyniosła z garderoby na podest i położyła przy nich 4 orzeszki z kuchni. Mam je ułożone w skrzynce na podłodze jako, że chcę zrobić orzechówkę po krzyżacku. Dziadkowi też zrobię, bo co roku obdarowuje mnie wiadrami orzechów. Dokarmiam wiewiórki a resztę dzielę pomiędzy rodzinkę. Teraz odwiedzę Was na blogach a potem do roboty! Katar , nie katar a dziadek będzie czekał jak zawsze punkt 13.00 przy stole, uzbrojony w niezbędne akcesoria i głodny. Zawsze mnie to bawi, pełna gotowość do natychmiastowej konsumpcji. I za to też go kocham.

wtorek, 25 września 2012

Stara kobieta przy studni

(fotogaleria.pl) 


Jankę poznałam parę lat temu. Drobna, zasuszona staruszka z uśmiechem na pomarszczonej twarzy. Wracałam  z lasu gdy złapał mnie deszcz. Do domu był jeszcze spory kawał drogi a ja przemokłam do cna. Szybkim krokiem chciałam ominąć starą chatkę ale w drzwiach zobaczyłam kobietę. Gestem dłoni przywoływała mnie do siebie. Przekroczyłam próg jej domu i czas zatrzymał się w miejscu. Mała kuchnia z węglowym piecem, obwieszona była pękami ziół, kwiatami lawendy i warkoczami czosnku. Taki zapach zapamiętałam ze swojego dzieciństwa. W rogu pokoju stał piękny kaflowy piec. Czasem można jeszcze takie spotkać ale to już rzadkość.  Staruszka przyniosła mi  czyjeś ubrania. Spojrzałam na nią zdziwiona.
-To córki, przebierz się  dziecko.
Dawno tak nikt do mnie nie mówił. Po chwili siedziałam  w suchym odzieniu nad kubkiem parującej herbaty malinowej. Ogień pod płytą buzował wesoło, wzmagając jeszcze bardziej zapach ziół. Spojrzałam na gościnną gospodynię i nieśmiało zaczęłam rozmowę. Słowo po  słowie, starannie je ważąc, staruszka zaczęła opowieść. Wychowała 3 dzieci. Poszły w świat ale pamiętały o matce. Przyjeżdżały, chciały zabrać ją do siebie bo martwiły się  jej osamotnieniem po śmierci męża. Odmawiała, więc telefon dzwonił często.
- Nie chciałam stąd wyjeżdżać. Wiem , z dziećmi miałabym lepiej ale  tu jest moje miejsce. Popatrz dziecko na tamten zagajnik. Tam oświadczył  się mi mój Józio, zrękowiny były skromne a i wesele niebogate. Zdunem był, ten piec w rogu to mojego Józia ręce postawiły. Piękny , prawda?
Ten domek też dla nas pobudował. Sąsiedzi, dobrzy ludzie pomogli. Na cmentarzu mój grób przy boku męża już przygotowany. Tyle lat razem, tęskno mi za nim. Dobry z niego był człowiek. Kochał i szanował, wspólnie radziliśmy o wszystkim, jakby jedna dusza w dwóch ciałach była. Mijały  lata a Bóg  nas nie pobłogosławił potomstwem. Wiem, teraz jest inaczej ale kiedyś kobieta co nie rodziła to jakby ułomna była. Chcieliśmy mieć dzieci, jak każdy. Prosiłam Boską Panienkę o łaskę. Spełniło się. Urodził się Janek, Marysia i Staś.
Zmyślne i zaradne dzieciaki. Swojego ojca słuchały, bywało, że podzięce całowały w dłoń. Tak same od siebie bo Józio nigdy tego nie chciał i ręce za plecami chował. Janek jak podrósł, to w wakacje poszedł do zbiorów. Kupił u drwala drewna a potem jak już poleżało, to dogadał się ze stolarzem, żeby go do warsztatu wpuścił. Na Józia urodziny  przed dom zajechał wóz a na nim stół i ławy do kuchni. Naszego Janka  robota. Tak, to te. Teraz synek zagranicą mieszka i wnuka uczy stolarki bo ma smykałkę. Czasem przyjadą na parę dni.
Tam w rogu wisi obraz Marysi. „ Stara kobieta przy studni”. To ja. Mówisz dziecko, że piękny? Mój Józio go lubił no i ja też. Jak Marysia zagranicę wyjechała, to go dla mnie namalowała. Ma talent i ludzie kupują jej obrazy, nawet jakąś wystawę miała.
Nie ciągnie mnie do świata choć tam moje dzieci, wnuki i prawnuki. Niech tam fruwają, bo przecież i ptaszęta swoje młode w świat puszczają. Tak to już jest. Mnie już dużo czasu nie zostało ale to dobrze, bo nie ma nic gorszego jak to, gdy  Bóg o człowieku zapomina. Na wszystko przychodzi pora. I na mnie też.
Za oknem ustąpiły chmury. Przebrałam się z powrotem w moje suche już ubranie. Podziękowałam za serdeczną gościnę i obiecałam jeszcze nie raz zajrzeć. U Janki byłam 3 razy. Zawsze czekała na mnie w progu domu. Któregoś dnia zastałam zamknięte drzwi. Z pobliskiego domu wyjrzała sąsiadka.
-Janka nie żyje, szybko poszło. We śnie zmarła. Zostawiła coś dla pani.
Podała mi pakuneczek. „ Stara kobieta przy studni”.
Dzisiaj nie ma już tamtej chatki, na jej miejscu stoi nowy domek, w którym mieszka pewnie jakaś szczęśliwa rodzina. Ze ściany w moim pokoju spogląda na mnie twarz staruszki i ciągle mam wrażenie, że w powietrzu unosi się zapach ziół i lawendy.
(archiwum)

poniedziałek, 24 września 2012

Mój Bytom

(google.pl)


Nie powrócą już lata beztroskiego dzieciństwa spędzonego w starych familokach. Czas upływa nieubłaganie ale pozostawia nam w pamięci najszczęśliwsze chwile. Bytom mojego dzieciństwa był barwny i wesoły. Domy otaczały pełne zieleni podwórko, na którym roiło się od dzieciarni.
Centralne miejsce zajmował trzepak na dywany czyli tzw. klopsztanga. Było to miejsce spotkań całej dzieciarni i nieformalnych randek wyrostków.
Były gry w klasy, dwa ognie i zawody w rzucaniu scyzorykiem. W niedzielne popołudnia przyjeżdżał lodziarz a w wyznaczone dni do zapracowanych żon i matek,  człowiek ostrzący noże. Do dziś pamiętam jego zachrypnięty głos wołający: nooooże, noooże do ostrzenia.
W piątkowe popołudnia obowiązkowo zbieraliśmy się pod trzepakiem i całą grupą ruszaliśmy na pobliskie stawy. Woda czyściutka, żaby i traszki rozrabiały w najlepsze a my piekliśmy kartofle.
Z perspektywy lat powiem Wam jedno- nigdy później pieczone kartofle nie miały już tego smaku co wówczas.
Familoki były zamieszkiwane przez rodziny górnicze. Mieszkania malutkie i bardzo czyste. W soboty Babcia urządzała wielkie pranie. Balia i metalowa tara w niczym nie przypominały późniejszej Frani. Pamiętam wielkie kotły parujące na kuchenkach węglowych,  bawełniane firany rozciągane na specjalnych ramach. Żadne tam nylony. Własnoręcznie wyszydełkowane przez gospodynie. W powietrzu roznosił się zapach świeżo pastowanych podłóg i zapach piekącego się ciasta.
O telewizorach mało kto słyszał. Na honorowym miejscu stało radio przy którym zbieraliśmy się całą rodzinką. Mieszkania nie były zamykane na klucz a widok dzieciaka wrzeszczącego pod oknem "Mamo dej nom sznitka chleba z tustym" był nagminny. Sąsiedzi tworzyli wspólnotę, znali się od lat i panowała wzajemna życzliwość.
Często zdarzało się, że dzieciaki ku strapieniu matek jadały u gościnnych sąsiadek. Jednym słowem-wszystkie dzieci są nasze.
(mapofpoland.pl) 
Bytom mojego dzieciństwa był pięknym miastem. Z dużą ilością skwerów, parków i własnym ZOO, z przepiękną Operą Śląską. Wcinając dmuchaną watę patrzeliśmy rozbawieni na rozrabiające małpki i kąpiące się niedźwiadki. Stare piękne kamienice czarowały subtelnym wdziękiem a pędząca ul. Piekarską 38-ka budziła wesoły popłoch wśród dzieciarni.
Bytom mojego dzieciństwa pozostał we wspomnieniach jako oaza szczęścia i beztroski. Miasto nie poddaje się, walczy ze szkodami górniczymi, przeszłość nie wróci a teraźniejszość decyduje o jego przyszłości.

( google.pl)

piątek, 21 września 2012

Takie sobie rozważania

(google.pl/grafika)

Będzie post o pomarańczach. Właściwie o skórkach pomarańczy a dokładnie o tym z czym każda kobieta się zmaga.
Cellulit - nasz wróg.
To, że natura nie jest sprawiedliwa dla pań to wiadomo nie od dziś. Na dodatek jest  podła i seksistowska. Starzeć się z godnością - hasło cudowne ale jakby nie do końca. Botoks czy użycie skalpela odpadają a co pozostaje? Cudowne kremy i zabiegi za krocie. W pierwsze nie wierzę, drugich nie wypróbowałam.

No i  jest tak:

Zauważyłam paskudztwo przypadkiem. Nie powiem na której części ciała, bo nie uchodzi. Niby mało kto je ogląda ale sama świadomość człowieka dołuje. No i  jest zaraza jedna. Śmieje mi się prosto w twarz chociaż niby znajduje się po przeciwnej stronie ciała. Dosyć ważnej nie ukrywam.
Wypowiedziałam draństwu totalną wojnę. Gimnastyka, masaże cokolwiek przypominające ekwilibrystykę ale  co  tam.Wygimnastykowana jestem nad podziw. Przynajmniej tak mi  się  wydawało.
Rowerek stacjonarny odkurzony, tempo nastawione jak na Wyścig Pokoju. Pot leje się strugami a wizja lidera nie opuszcza mnie na krok.
Po 20 minutach lecę twarzą na kierownicę czy jak to tam nazwać.
Buzia zaczerwieniona, nogi jak galareta  ale nic to!
W ramach relaksu aplikuję sobie ćwiczenia rozciągające. Dla mnie to przecież pestka. Po 5 minutach daję za wygraną. Co jest? Gdzie się podziała moja kondycja? Poszła tam dokąd cellulit. Domyślcie się.
Przegrałam bitwę ale wojny nie przegram ! Ustaliłam harmonogram działań strategicznych na najbliższe dni. Wyglądał  on tak:

1)    więcej ruchu – pomoże Lejka bo cholernica ma energii za nas dwie
2)    zero słodyczy – będę łkać w kąciku a rodzinka będzie się  obżerać
3)    minimum  tłustego- zostaną mi same rybki i zielenina
4)    rowerek -wzmożony wysiłek fizyczny – umysłowy wtedy odpada
5)    mniej postów na blogu i mniej gniecenia kanapy- chyba popełnię seppuku
6)    dieta ŻP- żryj połowę

Przeczytałam sobie te punkty i dostałam ewidentnego doła. No, kurza kostka a co to ja męczennica jestem czy co?
Po namyśle skreśliłam punkt 1 - bo pieska mi szkoda,
Punkt 2 – nie będę psuła humoru domownikom
Punkt  4- należę do grona myślicieli ,czyli nie ważny tyłek a to co w głowie
Punkt 5 – seppuku jest bolesne a ja bólu nie lubię
Do realizacji pozostawiłam sobie punkt nr3 bo to akurat lubię.
Przy punkcie 6 doszłam do wniosku, że życie straciłoby swój  urok.

Nie ma to jak silna słaba wola a w tym to jestem mistrzynią
Panowie  się  lenią, obżerają, jedyny rodzaj sportu , który uprawiają to ruch palca na pilocie telewizora, kremów rzadko używają  i co?  Mogą patrzeć na pomarańcze bez obrzydzenia. Protestuję i zgłaszam veto wobec natury. Precz  z  seksizmem!

 (archiwum)

czwartek, 20 września 2012

O facetach na wesoło

Oj, biedni ci nasi panowie, biedni.  Tyle krytyki się na nich wylewa, bo to albo safanduły, albo krętacze i obiboki  albo weekendowi tatusiowie. O politykach zmilczę, bo ci to już całkiem jakby z choinki się urwali i to bez względu na płeć.
Generalnie lubię facetów. Fajni są. To, że się różnimy to kapitalna sprawa. Pomyślcie jak byłoby nudno gdybyśmy wszyscy byli tacy sami a różniłaby  nas tylko płeć.  Jesteśmy inni. Panowie kompletnie różnią się od nas postrzeganiem świata i metodami komunikacji. Nie wchodzą w niuanse, widzą pojedyncze problemy, są uczuciowi ale bardziej do wewnątrz . Przyjmują krótkie komunikaty i nie rozwodzą się  w nieskończoność nad poleceniami czy prośbami. Albo je rozwiązują  tu i zaraz albo….na” święte nigdy”.

Są świetnymi ojcami, mężami czy kolegami. Mają swoje słabości , no ale kto ich nie ma? Lubią piwko, męskie towarzystwo i określone tematy. Z reguły intryga jest im obca, działają raczej wprost, za to czasem z gracją czołgu. Charakteryzują się pewną dwoistością bo chcieliby być traktowani z czułością, drapani za uszkiem a jednocześnie każdy z nich chciałby mieć w sobie coś z macho.   Są ciekawymi obiektami dla postronnego obserwatora. Ukrywają emocje, rzadko pozwalają sobie na łzy ale w ciężkich chwilach wychodzą ze swojej skorupki wspomagając swoje kobiety.  Dziecko to już nie „wrzód „ na pupie, pomoc w sprawach domowych to już nie koniec świata. Starają się jak tylko mogą a jak nie to….przynajmniej sprawiają takie wrażenie. 

Walą prosto z mostu mówiąc co im siedzi w głowie i ….   usiłują zrozumieć nas, kobiety.  A nie jest to proste. Bo kobiety są skomplikowane i nie ma do nich  łatwej instrukcji obsługi. Menu też bardziej złożone niż w komputerku.  Kobiety nie reagują na delete, reset  czy wymianę  baterii. Każda z nas jest jak Mata Hari. Wprawdzie skończyła marnie ale iluż to panów zapędziła w kozi róg.  Urodą albo przebiegłością i gierkami.  Tak czy tak , te różnice są intrygujące. Tak czy tak, jestem fanką męskiego rodu. Bo jest taki jaki jest. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Te pierwsze można pokochać , te drugie tolerować. I nie starać się naprawiać a jeśli już ,to jak nam trafi się np. taki James Bond, to zanim mu pokażemy gdzie jego miejsce, uraczmy go martini z wódką. Wstrząśniętym a nie Mieszanym.  A wtedy możemy mu cicho zanucić na ucho:

Być kobietą, być kobietą - marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie...
Być kobietą, być kobietą - oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać.
Ach, kobietą być nareszcie, a najczęściej o tym marzę,
kiedy piorę ci koszule albo... naleśniki smażę...

(tekst: Magda Czapińska)

Łatwiej to przełknie!

poniedziałek, 17 września 2012

Co z tymi babami?



- Witam sąsiedzie. Co pan taki skwaszony, znowu korzonki dokuczają?

 - Jakie tam korzonki, pani Haniu.  Henia tak mi dopiekła do żywego, że  tylko zgrzytanie zębami zostało, ot co!

- Henia? Co pan sąsiedzie? Przecież to chodząca dobroć i pracowitość.
- Chodząca i pracowita  to pewne ale co do tej dobroci to bym się kłócił. Wie Hania, co? Znarowiła się kobieta ze szczętem. Kiedyś taka cicha była, spokojna, jak coś powiedziałem to robiła bez szemrania a teraz szkoda słów. Wszystko przez emancypację, mówię sąsiadce!

- Zaraz, zaraz sąsiedzie. Emancypacja to już dawno była a Henia dopiero teraz podpadła? Zresztą, co to za emancypacja jak Henia dom cały prowadzi, rodziną się zajmuje i jeszcze w polu pomaga?

- No niby tak ale oglądała Hania ten Kongres Kobiet? Henię tak przymurowało , że zupę przypaliła. Co tam zupa, sąsiadko. Posłuchała paru mądrości i mówi, że ona też tak chce. Znaczy, że chce mieć takie prawa jak ja. Słyszał kto podobne rzeczy? Na kurs tańca nas zapisała. Bez pytania! Mówię jej: Henia, odbiło ci na stare lata? Po co nam to? „Tańca z Gwiazdami” już nie ma. Lepiej byś poszła krowy zamknąć i wzięła się za obrządek. Matko jedyna, pani Haniu! Myślałem, że mnie spojrzeniem zabije .I za co? Jak się wzięła pod boki, jak zaczęła pytlować, to nie wiedziałem gdzie wiać. Pogoniła mnie  do roboty i było po mnie.

- No, fakt. Przesadziła. Przecież ma już sporo sąsiedzie. Kupę roboty! Jedyne czego nie ma, to te codzienne wyskoki z kumplami na piwko, moczenie wędki i te zaskórniaki co je sąsiad przed nią w kąciku chowa. A z tym tańcem to dobry pomysł. Trochę brzucha by sąsiad stracił. Kto wie, może Henia na nowo gorącym  uczuciem do sąsiada  zapała? Mówił kiedyś sąsiad, że coś ją często głowa boli? Ale co ja tam wiem!

 - E, tam. Hania też nie lepsza. Gorący to już w naszych latach tylko piec został! Henia mówi, że głowa ją boli od mojego dudrania a na to taniec nie pomoże. Najgorsze jest to, że w tym internecie siedzi, na wszystkim się zna, kurs zarządzania finansami  też jej w głowie. Po co, pytam? Chyba żeby mnie z tych zaskórniaków  co ja wiem a Hania myśl, złupić. Niedoczekanie z tą emancypacją! Po moim trupie!

- A co sąsiad takiego przyspieszenia dostał i przystępuje z nogi na nogę?

- Na ten kurs tańca idziemy pani Haniu. Taki mój marny los. A za te zaskórniaki to jej ten kurs zarządzania  zapłacę. Żeby tylko emancypantką tak ze szczętem nie została. Po moim trupie!

niedziela, 16 września 2012

Wyczekiwanie




Historia jedna  z  wielu. Oczekiwanie  na  śmierć. Nie  swoją. Na  spadek  i  pozbycie  się  kłopotu. Na nieodwracalne  zniknięcie starego  człowieka. Na  pozbycie  się  balastu. Starość  nie  powinna rzucać kłód  pod  nogi  młodym. Przecież  do nich należy  życie,  prawda? Jednym  gestem  dłoni  dziewczyna odtrąciła   wspomnienia, miłość na  której  tak  naprawdę  nigdy  jej  nie  zależało. Męczy ją niecierpliwość,  że  trwa  to  tak  długo. To niesprawiedliwe!  Wyrzuty  sumienia?    A  niby  dlaczego? To bzdury. Przed  nią  całe życie, on swoje  już  przeżył. Stary  człowiek  nie  rozumie. Chwyta  okruchy  życia, podpiera się  laską i  mozolnie  stawia  drobne  kroki.  Zrywa  kartki   z  kalendarza. Ze  zdjęć  patrzą  na  niego obojętne  oczy  wnuczki. Pustka. Historia   jedna  z  wielu?   Oczywiście. Rozejrzyjcie  się  wokół   siebie.

Nieporadne, drżące dłonie
Oczy wypełnione łzami
Żyją cicho starzy ludzie
Za niewidzialnymi drzwiami.

Zegar czas odmierza smutkiem
Świt nadziei nie przynosi
Żyją cicho starzy ludzie
Starość nie chce o nic prosić.

Spada kartka z kalendarza
Łyżka zupy, kromka chleba
Żyją cicho starzy ludzie
W myślach piszą list do Nieba.
(Hanna)

 Z archiwum

piątek, 14 września 2012

Gdzie jest szpajza?



Chyba obudziłam Licho z poprzedniego posta. A było to tak:
Wstałam dziś raniutko i pomyślałam, że w taki pochmurny dzień należy mi się coś dla ciałka. Szpajza!


Deser lekki, kaloryczny ale mam to w głębokim poważaniu. Chce mi się i  już! Uzbrojona w odpowiednie akcesoria i produkty, zabrałam się do pracy. Nalałam pierwszą porcję do pucharka i poszłam po następne pucharki do jadalni. W kuchni słyszę rumor. Jak nic Lejka szura swoją miską bo chce jeść. Wchodzę i …

Lejka siedzi na stołku, naczynie ze szpajzą puste a paskudnica ma cały pysk w piance i oblizuje się na potęgę. Ręce mi opadły. Żeby chociaż z poczucia wstydu myknęła do koszyka. A gdzie tam! Siedzi i czeka na więcej. Wywiązał się między nami niemy dialog:

-Gdzie szpajza paskudnico???
-No, co ! Głodna byłam to zjadłam. Nawet niezłe to coś było, tylko kwaskowate.
- Tyle razy ci mówiłam, że ze stołu nie wolno nic zżerać !
- E, tam, nie marudź. Wiesz, że tak mam od czasu schroniska. Żałujesz mi czy co?
-Ty się schroniskiem nie wymawiaj, to było dawno. I nie bierz mnie na litość. Twarda jestem.
- Wielkie mi mecyje. 5 minut roboty a pretensje jakbyś cały dzień przy piecu stała. No dobra, idę do koszyka. A micha dalej pusta. Chcesz mnie zagłodzić , czy co?

Widzę, że dłużej nie pogadam. Zrobiłam następny garnuszek i rozlałam do pucharków. Jednemu z nich zrobiłam zdjęcie. Przylepię Lejce na koszu z napisem ZAKAZ!  


W ramach resocjalizacji  ( jestem wredna), postawiłam przed nią pucharek wypowiadając  słowo „NIE”. I tak parę razy. W końcu zniechęcona obraziła się i poszła… nie, nie kojca. Na moją kanapę. Zołza jedna!

Na jej usprawiedliwienie mam jedno. Faktycznie, odkąd ją znam, to  jest nienażarta. Nawet muchy łapie w locie. Zawsze jej mało jedzonka. Jakiś syndrom głodomora  podłapała  w tym schronisku  (a była tam 1,5roku) i pielęgnuje go starannie.  Rok temu zwinęła mi kotlety z garnka. Nosem strąciła pokrywkę, zjadła 3 sztuki mięsiwa i udawała niewiniątko.  Normalnie niewinna jako ta lilija. Idę dać jej michę zanim mnie całkiem znielubi.





czwartek, 13 września 2012

Takie tam..



Za oknem mży. Staw pomarszczony wiatrem i kroplami deszczu. Jest ponuro, w głowie pustka.
Napaliłam w kominku i Lejka oczywiście skorzystała z okazji i zajęła mój fotel.



Zaglądnęłam na Onet, znowu bałagan z postami. Trochę obawiam się tego, że w końcu blog zniknie. Mam tam parę wierszy, które lubię. Ponieważ nic mi nie przychodzi na myśl to w ramach pokuty Dla Was ,co jakiś czas umieszczę jeden z nich.
Dzisiaj trochę na wesoło. Też macie takie dni?




Licho
Na paluszkach po kryjomu a w dodatku całkiem cicho
Wkradło się do mego domu to przewrotne małe Licho.
Weszło całkiem niespodzianie i rozsiadło na kanapie
Głowę kładzie na poduszce  i po chwili lekko chrapie.

Dzień przebiega całkiem miło, wszystko dzisiaj się  udaje
A tu mała niespodzianka, nie do wiary- Licho wstaje.
Z rąk wypada mi talerzyk, na nim obiad, pusta micha
Był obiadek,  już go  nie ma, to na pewno wina Licha.

Piesek piszczy przeziębiony, pewnie całą noc przekicha
Garnek wypadł z mojej dłoni, to na pewno wina Licha.
Za oknami deszczyk bębni a wiatr wcale nie przycicha
nie ma słońca, jest ponuro, Ja wiem jedno-wina Licha

Rozpoczęła się zabawa, Licho chowa się do kąta
W głowie jedna myśl kiełkuje, jakby szybko je posprzątać
Zanim zacznie swe psikusy i tak  całkiem rozzuchwali
Za co  - piszczy Licho w kącie, gościa z domu chcesz wywalić?

 Siedzę cicho, nie marudzę, Ty oczerniasz– Licho prycha
I talerzyk i garnuszek Twoja wina a nie Licha!.
Jesień przecież to deszcz pada, na zarzuty twoje kicham
A wiatr wieje, aura każe i to nie jest wina Licha.

Prawdę gada, myślę sobie ale żeby na mnie prychać
Tego trochę już za wiele, nie chcę w moim domu Licha!
Lecz łagodność zwyciężyła, może racja myślę cicho
Kołysankę  zanuciłam i  usnęło  smacznie Licho..

Dziękuję za miłe komentarze pod poprzednim postem i pozdrawiam Was serdecznie
 

środa, 12 września 2012

Moje blogowanie



Zaczęło się niewinnie. Od komentarzy na zaprzyjaźnionych blogach. Choć często namawiano mnie do utworzenia swojego , miałam opory. To był dla mnie trudny czas. Po śmierci Mamy nie mogłam dojść do siebie. I nadal jest mi trudno się z tym pogodzić. Wtedy do akcji wkroczyła Moja Insiera i …podarowała mi blog. Tylko mój i tylko dla mnie. Był rok 2011, styczeń. Kasia krok po kroku wprowadzała mnie w tajniki techniczne. Dziękuję Ci stokrotnie Kasieńko.
Czym jest dla mnie blog?  Miejscem wytchnienia i wirtualnych spotkań z ciekawymi ludźmi. Odskocznią od nawiedzającego mnie czasem poczucia samotności. Jedną z tych znajomości zrealizowałam w Realu. Basiu i Sylenie, pozdrawiam Was serdecznie. Z niektórymi mailuję i rozmawiam na skypie. Serdeczności Oleńko , Grzesiu, Meg, Frytko, Ozonko i Thunderstorm !
Onet wrzucał czasem moje notki na stronę. Pojawiała się masa komentarzy. Różnych. Skrzynka mailowa pęczniała od historii ludzi, którzy chcieli mi je opowiedzieć. Radosnych, smutnych, pełnych zwątpienia ale też nadziei.
Kiedy Onet zaczął fiksować na dobre, za namową i pomocą nieocenionej Meg, przeniosłam się tutaj. I znowu kontakt ze „starymi” komentatorami ale też i grupą nowych.  Część ich mam w linkach, część w Moich ulubionych. Zawsze Was czytam , komentuję, choć nie tak regularnie jakbym chciała. Mam pod opieką brata mojego Teścia. Pieszczotliwie nazywamy go dziadkiem. Codziennie wypatruje mnie stojąc przy furtce ale to już osobna i smutna historia
Mam cichą nadzieję, że ten blog będzie kontynuowany. Wiem, nie zastąpi życia w Realu ale jest dla mnie furtką , przy której czekam na miłe wizyty.  Tak jak dziadek uchyla swoją dla mnie tak i ja czynię to samo dla Was. Dziękuję Wam.

wtorek, 11 września 2012

U fryzjera, czyli nici z asertywności



Kobieta zmienną jest i Hania też.
Wstałam raniutko, słoneczko w świeci , żyć nie umierać. Spojrzałam w lusterko i naszła mnie myśl. Zmiany mi trzeba!
Gębusi nie zmienię bo mam jaką mam, będzie tylko gorzej ale póki co nie jest źle. Zmarszczek nie posiadam, za wyjątkiem tych mimicznych , bo lubię się śmiać. Moja wina, trzeba uśmiechać się do wewnątrz. Teraz pozostaje już tylko botoks i takie tam. Ja nie z tych co wpadają w czarną dziurę z powodu nadwątlonej urody bo wiadomo, to rzecz dyskusyjna. Bliżej mi do Księżnej Alby  niż do Jennifer Lopez. Za wyjątkiem kupra bo tu jej dorównuję wielkością.
I wpadłam na jedynie słuszną myśl. Włosy! Idę do fryzjerki. Kompetentnej, miłej i zaprzyjaźnionej. Włosy mam dłuższe, do połowy łopatek. Jako, że siwizna przyplątała mi się w 20 wiośnie życia, to je farbuję. Henną ziołową, żeby nie było. Robota brudna, paskudna i wymagająca ekwilibrystyki jeśli wykonywana jest solo. A jest. Oczywiście po tej farbie, płukankach z pokrzywy i innych naturalnych „wspomagaczach” włosy rosną jak głupie. Klamka zapadła . Idę!
Rozsiadłam się w fotelu, Pani Krysia rzuciła :
- I co podcinamy na centymetr jak zwykle? Jaki centymetr , kurza kostka? Wydałam polecenie obcięcia na króciutko. I wywiązał się dialog:

- Na krótko ???? Pani Hania chyba żarty sobie stroi! Taaaakie włosy???





- Na krótko! Odmiany mi trzeba! Proszę fryzurkę krótką, zawadiacką i co by mi tak z 20 lat odebrała!

-Pani chyba żartuje? A co to ja cudotwórczyni jestem? A na dodatek, to te włosy są piękne i ja ich cięciem nie będę profanować! Niech Hania się zastanowi i głupot nie wyrabia! Warkocz francuski Hani zrobię albo co. Z takimi włosami to można zaszaleć!

- E, no… pani Krysiu, mówią, że klient nasz pan, nie? 

- Jak tam Hania chce ale z dobrego serca radzę! Nie obcinać. Wyrównać, warkocz i będzie super!
Do rozmowy dołączyła pani będąca świadkiem dialogu.

- Krysia ma rację, pani się zastanowi! Ja same piórka mam ale pani???? 
Otworzyła jakiś katalog a tam fryzur od groma.  
- Pani patrzy, jakie możliwości! O tu i tu, o albo ta fryzurka, sama pani sobie zrobi bez problemu!
Poddałam się.  Skróciłam jak zwykle. I teraz zastanawiam się jak to się stało, że z mojej odmiany nici. Ech, życie. W  ramach relaksu idę na taras. Ogród jeszcze letni.


 

niedziela, 9 września 2012

Kto sie boi ślunskiej godki?



Przeczytałam wywiad z anonimowym posłem Pis. Niezmiernie żałuję tej anonimowości ale widocznie odwaga przedstawienia się  z imienia i nazwiska jest temu panu obca. Oto cytaty

„-Jeśli ktoś czuje się Ślązakiem, trudno mu tego zabronić. Ale niech nie wychodzi z tym do mediów i na ulice, gdzie są dzieci i gdzie żyją normalni Polacy
 – Zresztą twierdzenie tych ludzi, że są narodowości śląskiej, to urojenie, gdyż taki naród nie istnieje. Wszyscy wiemy, że w praktyce chodzi tu o zakamuflowaną opcję niemiecką.”
-  Skoro uważają się za Ślązaka...
-  „Umówmy się, że nie oni będą decydować, za kogo mają się uważać. Gdyby szanowali polskość, uważaliby się za Polaków. To chore, że ktoś, kto mieszka w Polsce, nie chce być Polakiem. Jak nie chce, to niech jedzie do Syjamu albo na Madagaskar. Oni sprytnie deklarują, że chcą większej autonomii, ale dobrze wiemy, ze zaczyna się od autonomii, a kończy na żądaniu prawa do zawierania małżeństw i adoptowania dzieci.
Proszę pana, czy można na poważnie brać ludzi, którzy nie spieszą się, tylko się gibają, zamiast uderzyć wola piznonć, nie mówią ssać, tylko cyckać. Dla nich noga to giczoł, nos – kichol, na oko mówią ślep, a na zęby – zymby. To niepoważne. No i te ich liczebniki: dwanosty, piytnosty. Albo łoziymnoscie. Cztery to sztyry. Ciekawe, na co oni liczą, mówiąc w ten sposób i czy w ogóle potrafią się czegokolwiek doliczyć? Dlaczego nie powiedzą jasno, że są Niemcami? Mamy prawo w Polsce wiedzieć, kto jest jakiej narodowości. Dotyczy to zwłaszcza osób zajmujących ważne stanowiska w państwie.”
(Silesia-schlesien.com)

Takie opinie o Ślązakach nie są odosobnione. Zastanawiam się tylko jak mam się czuć jako Ślązaczka, bo odkąd pamiętam, doma dycki się godoło po naszemu. Z matulom, starką i starzikiem.
Byłam na tyle bezczelna, że wychodziłam na podwórko i ulice, pomiędzy normalnych Polaków.  W dodatku wyszłam za mąż i urodziłam synów. Może panu posłowi marzy się po cichu taka mała eksterminacja?
Zawsze uważałam się i będę uważać  za Ślązaczkę i nikt mi nie zabroni prawa do tej decyzji. Nie chcę jechać do Syjamu i na Madagaskar. Szkoda, że nie znam nazwiska tego kretyna bredzącego jak w malignie. Piźnieńcie go w zakuty łeb to byłoby zaledwie preludium. Ciekawe  czy głupotę wycyckoł z mlykym  matuli czy mówiąc poprawnie, mózg mu zlasowało przebywanie w towarzystwie prezesa?

Naród  Śląski? A dlaczego nie? Ja nikomu nie odmawiam prawa do jego tożsamości. Mamy swoją kulturę, ziemię , mowę. Trwa walka o język śląski. Niełatwa i skomplikowana, to prawda, bo jest on niezwykle bogaty i zróżnicowany. Podobnie jak romski, który jest uznawany przez nasze państwo za język. Cieszy mnie , że mogę przeczytać  „Ślabikorz niy dlo bajtli” czyli "Elementarz nie dla dzieci", lubię czytać felietony Michała Smolorza. No i mamy śląską Wikipedię.
Dzieje mojej Małej Ojczyzny są skomplikowane. Przechodząca z rąk do rąk, traktowana instrumentalnie, podobnie jak jej mieszkańcy. Jedni chcieli zgermanizować, inni spolonizować a jeszcze inni sczechizować. Każdy z nich wyciągał z tej  Ziemi ile się tylko dało i każdy z nich traktował  Ją wzgardliwie i instrumentalnie.
Przykre to dla mnie i bolesne. 


Tym wszystkim, którzy przeczytali ten post do końca dziękuję za  samozaparcie. A na koniec anegdotka:

"U nos tyż sie godo, co jak Ponboczek już stworzoł wszyjske norody i kożdymu doł jego włosno godka, to oroz patrzi, a tam jeszcze stojom jakeś boroki, dlo kerych już tych godków niy stykło. Ponboczek sie poszkroboł po gowie i pedzioł: No, trudno darmo! Wy Ślonzoki, bydziecie godać tak jak jo!