Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 25 października 2012

Taka sobie bajeczka

(wpolityce.pl)  


Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, mieszkało  słowo Solidarność. Było wyjątkowe i odzwierciedlało to co najpiękniejsze. Żyło sobie spokojnie i szczęśliwie, choć wydawało się być zapomniane.
Do czasu. Któregoś dnia usłyszało wołanie. Najpierw ciche, później coraz donośniejsze. Zaciekawione ruszyło w drogę i trafiło do Kraju nad Wisłą. Rozglądało się niepewnie ale widząc w oczach ludzi nadzieję i oczekiwanie, postanowiło zostać na dłużej. Było doceniane, często gościło w czynach i  na ustach mieszkańców, nawet doczekało się swojego symbolu.  Rosło w siłę i poczuło się wyjątkowo.
Minęło kilka lat a w kraju zaszło sporo zmian. Słowo Solidarność jakby straciło na znaczeniu, coraz częściej padało w niekorzystnym kontekście i coraz częściej też zaczęło odczuwać rosnącą niechęć. Skończył się pokój a zaczęła walka, przepychanki i nurzanie w błocie. Stało się kartą przetargową. Jeszcze tylko wśród zabieganych ludzi widziało resztę swojej mocy.  Coraz rzadziej.  Słowo Solidarność poczuło się zagubione. Nie było już  dla niego miejsca w pięknym Kraju nad Wisłą. Zostało wygnane na banicję. Pokornie udało się do swojego dawnego schronienia ale z daleka obserwowało rozwój wypadków.
Mimo wszystko miało nadzieję, że będzie ludziom jeszcze potrzebne. Nie było. Nie chcą Go politycy. Im wystarczy tylko sponiewierany symbol , coraz mniej potrzebują go mieszkańcy. Jego miejsce zajęły nowe słowa: Władza, Obojętność i Mamona.  Ci,  co jeszcze pamiętają o jego pięknie wiedzą, że  tym razem nie może im  pomóc. Poniżane i odsyłane z niczym , lekceważone i traktowane instrumentalnie a na końcu  na dobre zapomniane. W pięknym Kraju nad Wisłą wybudowano wysoki mur. Z egoizmu, niechęci, pazerności  i nieżyczliwości. Tego muru Słowo Solidarność już nie przeskoczy.
Gdzieś  w jego wnętrzu  tli się iskierka nadziei, że nie wszystko przepadło. Poczeka, może czas zamieni mur w gruzy a wtedy piękny Kraj nad Wisłą znów stanie przed nim otworem. Ale to już inna bajka.

środa, 24 października 2012

Ola i jej obrazki





"Jestem szczęśliwą matką, żoną i babcią. Moje życie pędzi siedmiomilowymi krokami do siedemdziesiątki. Nie mogę go zatrzymać ale mogę się nim cieszyć".

Oto cała Ona. Ola.


Kiedy pisałam posty na Onecie, Ola napisała do mnie liścik. Od słowa do słowa, od liścików do kartek świątecznych, tak powoli nawiązywała się nasza znajomość. Ola to niezwykła osoba. Delikatna, wrażliwa a jednocześnie twarda jak szlachetna stal. W dodatku kobieta niezwykle utalentowana, dająca ponieść się swoim pasjom. Dzielą nas setki kilometrów ale nie są przeszkodą a zaledwie drobnym utrudnieniem. Zawsze niecierpliwie czekam na Jej liściki i kolejną dawkę jej obrazków. Jeden z nich wisi na moim kominku. Ilekroć nań spoglądam, tylekroć o niej ciepło myślę. Jednym słowem często.
Chciałbym pokazać Wam obrazki Oli. Robi je specjalną techniką. Każdy z nich jest jedyny w swoim rodzaju i niepowtarzalny. Wymaga dużej precyzji i sporej dawki samozaparcia ale wynik wart jest każdej kropelki potu ,wylanego nad tworzeniem tych małych arcydziełek. Zresztą zobaczcie sami.

 








Ola pisze, że to obrazki malowane duszą a ja dodam, że również sercem. Jeśli macie ochotę, to wpadnijcie w gościnne progi jej bloga.

Ola 

 Oleńko Moja Miła. Maluj te cudeńka i nadal  raduj  nimi moje i nie tylko moje oczy. Cieszę się niezmiernie, że pewnego dnia znalazłam Twój liścik na mojej  poczcie.

Pozdrawiam Was serdecznie.

wtorek, 23 października 2012

Cały ten zgiełk



Wszechobecne reklamy głośno krzyczą z ekranów telewizorów, mówią nam jak mamy żyć, co mamy jeść  i czym mamy się leczyć. Pokazują świat pełen pięknych, młodych ludzi i przekonują ,że są tacy bo używają kremów, których są warci.
Na półkach księgarskich leżą setki poradników jak wychowywać dzieci czy jak być asertywnym. Dyktatorzy mody i agencje modelek propagujący modę na chodzące wieszaki, programy o wszystkim i niczym. Ogłupiająca sieczka fundowana nam bez ograniczeń. Tytuły gazet krzyczące o skandalach, o tym kto z kim i dlaczego, pyskówki i chamstwo. Fora internetowe pełne obłudy i gnojenia ludzi. Napady, gwałty i wszechobecna przemoc. Sami  fundujemy sobie  piekło za życia.
Media są bezwzględne. W pogoni za wydumaną lub co rzadsze, prawdziwą sensacją nie cofają się przed niczym .Zaglądają do alkowy, szafy i  do naszych umysłów. Im więcej wrzawy tym lepiej. Nic nie sprzedaje się tak dobrze jak drastyczne fotografie. Ofiary w kałuży krwi, stosy zwłok czy śmierć „na żywo”. Czasem, gdy media same stają się ofiarą nagonki albo są wykorzystywane przez co bardziej rozgarniętych oszustów,  podnoszą lament  i krzyczą o złamaniu etyki. No, cóż. Kto mieczem wojuje….
Politycy bawią się jak dzieci w piaskownicy a Kowalski dostaje szału i ma wrażenie, że żyje w jakimś równoległym świecie. Dobro i uczciwość nie są w cenie. Liczy się cwaniactwo i egoizm. Kto, kogo i za ile. 

A w tym całym zgiełku gubi się zwykły człowiek i to co w nim wartościowego. Jest poddawany ciągłej krytyce i presji. Datek na Owsiaka- grzech śmiertelny, datek na Caritas- studnia bez dna. Jest osobą wierzącą- moher , jest ateistą- to zło wcielone. Myśli inaczej  niż to ogólnie przyjęte-wyalienowany. Niby jesteśmy wolni ale to złuda. Dajemy się wciągać w to bagno. Coraz częściej ukrywamy prawdziwe myśli i przekonania. Pozwalamy sobie na ich ujawnianie tylko wobec zaufanych osób.
Coraz częściej wracamy do wspomnień i starych fotografii. Często dlatego, że tego nie można już zmienić i są czymś stałym w tej ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Coraz częściej uciekamy do swojego małego, bezpiecznego świata a gdy i on rozsypuje się w pył, to lądujemy na kozetce psychiatry. O ile nas stać.  Coraz częściej stajemy się trybikami w tej rozpędzonej machinie.
A to jeszcze nie koniec.

Przepraszam za nieobecność na Waszych blogach  ale Internet mnie porzucił  i dopiero dzisiaj postanowił wrócić. Taki z niego niewierny kochanek a ja  myślałam, że operator połączył nas na wieki. Ech,  kobieca naiwności!

piątek, 19 października 2012

Marudzenie



No i mam weekend z głowy a plany miałam, że ho, ho. Jeden telefon i moje wędrówki odeszły w niebyt. W sobotę dostanę skrzynię grzybów. Nie, nie skrzynkę. Skrzynię. Mało tego, do odbioru będzie czekać 30kg kapusty do kiszenia.
A gdzie problem?
Problem w tym, że:
 1) grzyby w niewielkiej ilości miały być w poniedziałek
2) moja zacna Połówka radośnie oświadczyła, że w sobotę…idzie do pracy. Nadprogramowo!.
Uwielbiam grzyby ale te w zalewie i słoikach. A tu…masakra. Mój pomagier zwinie się z gracją jelonka i z  cichą radością w sercu, oddalając  się o 70km od źródła chaosu i klnącej w żywy kamień małżonki.
Przedtem , raniutko pojedziemy na targ, potem  szybki obiadek dla dziadka i do roboty babo. Pan i władca ze skruszoną miną potruchta do auta, pomacha dłonią i tyle go zobaczę. Z kąta kuchni będą się szczerzyć  podgrzybki, maślaki i prawdziwki a wory z kapustą zajmą lwią część niewielkiej kuchni.
Na Lejkę nie mam co liczyć, bo już w zeszłym roku pokazała jaka z niej pomoc.
Kupiłam dwa worki papryki. Umyłam ją ładnie i rozłożyłam do suszenia. Wpadłam na chwilę do dziadka a po powrocie papryki jakby mniej. Co jest, myślę. Duchy czy co? Obeszłam włości, złodzieja papryki nie znalazłam. Lejka towarzyszyła mi z radosną miną a ja zaczęłam już myśleć, że mam zwidy.
No nic, zrobiłam co trzeba, popakowałam do słoików i po sprawie. Dumna z siebie i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, usiadłam przed laptopem a tu piesek zaczyna piszczeć i kręcić się wokół legowiska za fotelem. A tam, w koszyczku Lejki leżą moje zaginione papryczki. Całe 3kg. Wszystko co kobiecie może opaść do kostek, opadło. No i zabawa zaczęła się od nowa. Nie, na Lejkę nie ma co liczyć. 

A dzisiaj poszłam wyżalić się do dziadka. W końcu do ścian gadać nie będę. No i mam pomocnika. Jutro na dany znak, dziadek przydrepcze z kozikiem pod pachą. Do grzybów ma anielską cierpliwość  i pomoże. Mało tego, weźmie część grzybów i  podsuszy na blasze. Ma wprawę, bo za życia żony robił to rok w rok. Nie ma to jak współpraca na dwa fronty. Damy radę. 


A na deser fotki zrobione z tarasu.   



Życzę Wam miłego i pełnego słońca weekendu.


środa, 17 października 2012

Gdyby głupota miała skrzydła....



to władze MOSIR-u  w Radomiu fruwały by jak orzeł bielik. Rozumiem, że w oceanie nieprawości promuje się model rodzinny ale to, co zrobiono na basenie "Neptun" jest idiotyczne. Otóż wprowadzono tam ceny promocyjne  w myśl hasła
” Promujemy tradycyjny model rodziny”. Aby skorzystać z takiej okazji, dzieciarnia musi przybyć w towarzystwie obojga rodzicieli. Nie  taty czy mamy. Obojga.
Biada wam występne samotne matki . Panny, rozwódki i wdowy. Biada wam samotni ojcowie. Nie dla Was i waszych dzieci ten cymes. Zapłacicie jak za zboże. Dostaniecie wprawdzie zniżkę ale o tej promocji zapomnijcie. Im więcej potomstwa macie, tym drożej dla Waszej kieszeni..I nie ma co kombinować, że mama pójdzie z dziećmi i ciocią, albo ojciec z dziećmi i z bratem. Nie ta płeć. Dla pocieszenia dodam, że można wziąć ze sobą zupełnie obcego człowieka byle płci przeciwnej, bo jak na razie dowody osobiste i akty małżeństwa nie są wymagane. Na razie.

Jakby tego było mało, basen jest własnością miasta. Czyli zbudowany i utrzymywany za podatki wszystkich mieszkańców Radomia.
Władze MOSiR  tłumaczą, że to oferta czasowa. Ma służyć do integracji rodzin w czasie wolnym od pracy.
Być może nie dociera do nich prosty fakt, że coraz mniej członków rodziny ma wolne w tym samym czasie. Nie dociera do nich, że są rodzice pracujący w systemie zmianowym. I proste pytania. Skąd to zróżnicowanie pomiędzy rodziną pełną a niepełną? Czy dzieci samotnych rodziców i oni sami są gorsi?
Co z ich integracją?

„Mama, tata i ja” – cena 17zł. Samotny ojciec z dwójką dzieci -28zł.
„Mama, tata i ja „( 5 dzieci) –cena  29zł. Samotny rodzic z piątką dzieci – 40zł.
Ktoś powie: a tam, marne 11 zł. Nie dla nich.

(źródło: gazeta wyborcza/radom)

wtorek, 16 października 2012

I po chandrze

To już drugi raz jak Dziadek stawia mnie do pionu i nie pozwala na jesienną chandrę. Staruszek, schorowany, nie rozpieszczany przez życie  ale za to rozpieszczany przeze mnie. A co, ktoś go rozpieszczać musi ! 

W zeszłym roku kazał mi nacupkać drewienek na podpałkę. Matko! Dostałam wycisk za wszystkie czasy. Rąbałam te pniaki aż zły nastrój diabli wzięli. Dziadek dzielnie mi sekundował w roli kibica i kusił kubkiem kawy. 

Wczoraj rano poszłam do niego uzgodnić menu obiadowe. Humor nadal miałam podły, bo pogoda kapryśna i daje mi w kość. Chimeryczna jestem , zmienna i wredna. Lejka nikomu o tym nie powie, wie kto ją karmi, cwaniara. Połówka wie i próbuje mnie obłaskawić orzechowym Prince Polo, cholesterol na sam widok batoników dostaje kopa . A dziadek niczego nie próbuje, nic nie mówi, tylko daje mi łupnia. Tak było i tym razem.
Weszłam  do pokoju z nietęgą miną. Coś tam zaczęłam bąkać o jedzonku a dziadek zerknął na mnie , pokiwał głową i powiedział
- idziemy na orzechy. Leżą i marnują się. W garażu są skrzynki !
 Powinnam była zwiać ale nic z tego. Pomaszerowałam karnie, stanęłam w progu garażu i szlag! 10 skrzynek czeka.
Dziadek wyjął taczki, załadował skrzynkami i maszeruje do ogrodu. Ja za nim. Usiadł na pniaczku i czeka. Skończyłam po 2 godzinach, zlana potem, czerwona i…. zadowolona. Skrzynki powędrowały do garażu, 2 trafiły do mnie. Z rozpędu zrobiłam obiadek i podrzuciłam dziadkowi. I tak sobie myślę, że jak mi źle to trzeba nadprogramowo dziadka odwiedzić.  Bo nikt tak mnie nie potrafi ustawić do pionu samym tylko zdaniem: młodoś jeszcze dziołszko, to rady dosz a jo już swoje lata mom i nie poradza. 

Słowo ”młodo” dźwięczy mi w uszach jak niebiańska muzyka i dostaję amoku. Mam gdzieś kapryśną aurę, dziadkowa kawa smakuje jak ambrozja a jego monologi rozśmieszają do łez. I jak tu takiego Dziadka nie kochać?
Dzisiaj rano bolą mnie wszystkie kosteczki, mięśnie przypomniały o sobie nie mniej boleśnie a humorek cudny. Za oknem ponuro  i niech sobie będzie. W piekarniku , czyli jak się tu mówi w „trombie” piecze się szarlotka  dla dziadka a na palnikach gotuje się obiadek. Orzechy umyte i wysuszone. Będzie co chrupać z zimowe wieczory. A dla Was wierszyk. Nie związany tematycznie ale go lubię.

Wrzeciono

Snuje nitkę życia, skręca życia kłosy
Kręci się wrzeciono nawijając losy.
Te tragiczne, trudne, mocno zaplątane
Kręci się wrzeciono jak zaczarowane.

Snuje nici losu i przeplata słońcem
Kręci się wrzeciono i przed życia końcem.
Radości, uśmiechy ,których ciągle mało
Snuło nam wrzeciono lecz nić tę przerwało.

Hej prząśniczko sroga co stoisz na straży
Pokręć znów wrzecionem, życie mi się marzy
Weź nitkę zerwaną, zacznij snuć od nowa
Niech wyjdzie spod ręki cudowna osnowa.

Kręć się, kręć wrzeciono , wysnuj mocną nić
Życia co szczęśliwe kiedy chce się żyć,
Kręci się wrzeciono, prządka pochylona
Nad losami ludzi ,mocno utrudzona.

niedziela, 14 października 2012

Tęsknoty

(google.grafika)  


Życie jest pełne barw i zapachów a mimo to, czasem pojawiają się one. Tęsknoty. Nieokreślone i nieśmiałe. Bo czegoś brak, bo rutyna nuży, bo chciałoby się czegoś innego. Zdarza się. W któryś z  ponurych i deszczowych dni napisałam wiersz.

Blues
Chciałabym spakować  całe swoje życie
I wyruszyć w podróż co czeka za progiem
Wybrać sobie pociąg  choćby byle jaki
I zanucić bluesa przez calutką drogę.

Gorączkowo mijać  kolejne przystanki
Posłuchać turkotu kół po gładkich torach
Nucić cicho bluesa  wybijając rytmy
Oglądać  zza szyby dzień o różnych porach

Blues żelaznej drogi niech zagra mi  w duszy
I przejmie uczuciem  dawno  zapomnianym
Ja zanucę   cicho  unosząc  się w rytmie
Cichutkiego bluesa w  samotny ranek.

Zostawić  za sobą sprawy nie nazwane
Zdać się na wyroki łaskawego losu
Wykrzyczeć swobodnie co na duszy legnie
I porzucić szepty więzionego głosu.

Chciałabym spakować całe swoje życie
Węzełek doświadczeń zabrać też na drogę
Odrobinę wspomnień tych, które najdroższe
Powitać przygodę co czeka za progiem.

Blues  żelaznej drogi niech zagra mi  w duszy
I przejmie uczuciem dawno zapomnianym
Ja zanucę   cicho unosząc się  w rytmie
Cichutkiego bluesa w  samotny poranek.

Sporo czasu upłynęło od tamtego dnia.
Tęsknoty. Za kimś lub  do czegoś.
Czegoś, co chowa się w zakamarkach duszy. Do czegoś,  co  człowieka ominęło, bo nie było na to  czasu, albo do czegoś co było ale minęło bezpowrotnie. Za kimś , kto był ale znikł z naszego życia. Zostawić na chwilę swoje życie i udać się w nieznane. Przeżyć coś szczególnego. Zebrać siły by powrócić i zmierzyć się z życiem. Na nowo.
Wy też tak czasem czujecie?

czwartek, 11 października 2012

Szczęście to ulotna chwila



Oj dzieje się, dzieje. Za oknem jesień a w sercu lato. Odwiedziła mnie wnuczka. Chwile cenne bo rzadkie. Radosne i frapujące. Czasem zachwycam się tym , jak bardzo Gaja się zmienia. Bycie babcią jest cudownym przeżyciem.

( nie ma to jak legowisko Lejki)    

 Ktoś powie, że cieszenie się drobiazgami jest infantylne, dziecinne i niepoważne. Mam to gdzieś. Życie bywa wystarczająco przewrotne. Na duże radości składają się te małe, choć nie zawsze to do nas dociera. Chwile spokoju, aromat świeżo zaparzonej kawy, czyjś uśmiech. Dobra książka, film, parę ciepłych słów zamienionych w necie. Ktoś powie: a gdzie ambicje, plany, marzenia?  Oczywiście, że są. Tyle, że nie na pierwszym planie.  Życie nauczyło mnie, że trzeba mieć w nim priorytety. Ambicja jakoś mnie  nie rusza, bo życie zawodowe mam za sobą a plany i marzenia skrojone są na moją miarę. Być może jest to podyktowane wiekiem i doświadczeniem, bo raczej nie lenistwem. Cieszy mnie każdy sensownie przeżyty  dzień,  spacer po parku czy ogrodzie to, że potrafię  zatrzymać się na chwilę słuchając  plusku ryb w pobliskim stawie czy odgłosu ognia buzującego w kominku w zimowe wieczory. Cieszy mnie mój blog i Wasze komentarze, bo obecność oczekiwanych gości jest zawsze miła. Lubię moje wiersze choć znawcy tematu pewnie kręciliby nosem. A co mi tam. Do Literackiej Nagrody Nobla nie pretenduję i jak napisałam wcześniej ambicja mnie nie zżera.  Ostatnio powłóczyłam się trochę po górkach, przeszłam paroma szlakami. Liście na drzewach zmieniają barwy  i choć  słońce jeszcze  przygrzewa, w powietrzu czuć już delikatny powiew jesieni.

Cudownie jest. Piękne wspomnienia na zbliżające się słotne wieczory. Zapachy lata zamknięte w szklanych słoikach przetworów, piesek drzemiący tuż obok, widok maleńkiej wnuczki drepczącej i figlującej z Lejką. Takie  to proste i takie moje. Te drobne radości pozwalają zebrać siły do walki z przeciwnościami, których życie nam przecież nie szczędzi. Życzę Wam takich radosnych drobiazgów Moi Kochani,  bo czasem drobiazgi mogą być wszystkim.



Kołysanka dla Gajki

Za oknem mrok pokrył całą  okolicę, 
niebo pociemniało ale księżyc świeci,
Dobranoc Kruszyno, snów słodkich ci życzę
Niechaj cię oplączą  w delikatne sieci.

Dobranoc Maleńka, moja dłoń przy twojej
Morfeusz pochyli się nad tobą nisko,
I rozsnuje  nitki  pajęczyn srebrzystych
Przepędzi precz troski, zło co czyha blisko.

Ukołysze do snu cicho, delikatnie,
Zanuci Ci  szeptem murmurando miłe
Dobranoc Kruszyno, zamknij już powieki ,
Bo ja i Morfeusz damy ci swą siłę.

Gwiazdy wędrujące w  odwiecznej tułaczce,
Niebo już się z czerni do świtu sposobi
Ja nucę  dla ciebie moją  kołysankę
Jestem obok ciebie, zło ci nic nie zrobi.

poniedziałek, 8 października 2012

Powiew jesieni



Sobotnie popołudnie było ciepłe i słoneczne. Skuszona tą aurą poszłam na mały przegląd ogrodu. No, tak. Nie mam już złudzeń. Jesień zaczyna się na dobre
(jabłonka pochylona nad taflą stawu)
( wybarwiająca się irga)   
( tylko świerki i jałowce jak zawsze zielone)


A później nadeszły chmury. Padało całą niedzielę. Wieczorem było wyjątkowo ponuro. Wyglądało to mniej więcej tak:




 Tańczą krople deszczu wirując  w półmroku
Najpierw delikatnie, później pełnią mocy
Jak woda  szumiąca  w pobliskim potoku
Wygrywa melodię w nadchodzącej nocy.

Deszczowa piosenka do snu mnie kołysze
Przerywa akordem skradającą ciszę
Te lśnienia srebrzyste rozjaśniają mroki
Kiedy w samotności krótki wierszyk piszę.

Powietrze wilgoci paruje obłokiem
Niesie zapach ziemi wchodząc do pokoju
I kropelki bębnią a ja  ścigam wzrokiem
Światełko lampionu w  kropelkach zawoju.

Deszczowa piosenka kończy się  powoli
Akordy bębniące  cichną z każdą chwilą
A srebrzyste lśnienia giną w mroku nocy
Pojedyncze krople kroki w tańcu mylą.

sobota, 6 października 2012

Tak bardzo się boisz....

(google. grafika)


Nie przychodzi do ciebie z dnia na dzień. Skrada się niepostrzeżenie, krok po kroku. Z każdym dniem ciebie jest mniej a jej coraz więcej. Jeszcze nie możesz albo nie chcesz jej nazwać. To tylko kolejny smutny poranek. Przecież tak bywa. Po nim kolejne beznadziejne popołudnie i wieczór. Nie możesz zasnąć. Nie pozwala na to natłok dręczących myśli. Mijają dni. Jesteś coraz bardziej zmęczona a poczucie strachu i beznadziei nie odstępuje cię ani na chwilę. Robisz to, co możesz. Płaczesz. Bez powodu. Boisz się. Chwytasz dłoń kogoś, kogo kochasz. Tak prosisz o pomoc. Nie wiesz co się z tobą dzieje. Prawdziwa udręka.
Proste codzienne czynności stanowią barierę nie do przeskoczenia. W pracy masz pogodną twarz. Nie chcesz aby ktoś, z kim spędzasz parę godzin  dziennie, wiedział, że tak naprawdę cię nie ma. Sama nie chcesz się do tego przyznać. Ale to się zmieni. Kiedyś. Pewnego dnia spojrzysz w lustro i ją zobaczysz. W smutnych oczach bez blasku. W pochylonej postaci, w bólu i lęku, który cię skręca. W twarzach bliskich, którzy patrzą bezradnie, nie wiedząc jak ci pomóc. Nie rozumieją. Stajesz się własnym cieniem, chociaż szepczesz do siebie cicho-dam radę. 
Może tak. Kiedyś. A może sama sobie nie poradzisz. To trudne, czasem niewykonalne. Zapadasz się w sobie słysząc kolejne-weź się w garść.
Przecież to robisz. Ukrywasz smutek i swoją bezradność. Czy oni tego nie widzą? Dlaczego męczą cię swoimi oczekiwaniami? Kiedyś może byłaś silna i pełna życia ale to się zmieniło. Wszystko cię przerasta, miotasz się pomiędzy niknącą sobą a wrogim światem zewnętrznym. Chciałabyś , żeby to się skończyło. Czytasz w prasie, że nie ty jedna. Dopada wszystkich, tych wpływowych, zamożnych, żyjących swoją pasją również. Myślisz sobie-nie jestem sama a potem czytasz stek obelg w komentarzach. Bezdusznych, bolesnych i bezwzględnych. Przestajesz oczekiwać zrozumienia. Jest coraz gorzej. Pamięć płata figle, gubisz się najpierw w drobiazgach, potem w istotnych sprawach. To nie miało prawa ci się zdarzyć. Przecież zawsze byłaś taka obowiązkowa i skrupulatna. Zawsze dbałaś o siebie i rodzinę. Tego już nie ma. Dlaczego mnie to dotknęło, myślisz z bólem.
Jeszcze się bronisz, jeszcze próbujesz ale nic z tego. Jesteś tylko człowiekiem. Dlaczego tak trudno ci to zrozumieć? Masz prawo do słabości ale też i prawo do walki o siebie. Walcz, bo jeśli ty tego nie zrobisz, to żadna pomoc nie będzie skuteczna. Nie udawaj , mów co cię boli. Ktoś zrozumie, ktoś wyśmieje. Jak to w życiu. Najważniejsze to  przestać się bać i wstydzić. Po  prostu wyjdź z tej skorupy, w której się zamknęłaś. Będzie bolało? Tak, ale dasz sobie szansę.

piątek, 5 października 2012

Następny proszę!

(tg24.pl)


Dzień dobry pani doktor. Przyszłam do kontroli.

- No i jak tam?

- A, dobrze. Gorączkę mam już tylko wtedy, jak mnie Połówka wkurzy, smarkam na politykę a kości mnie bolą jak mam obiadek ugotować.  

- No, taka chora to i ja jestem pani Haniu. A samopoczucie, dobre?

- Lepsze być nie może , pani doktor. Wyluzowana jestem. Jak słucham polityków to mnie śmiech ogarnia. Jak patrzę na te gadające głowy, premiera nie- premiera, to zastanawiam się, kto tu bzika dostał. I wychodzi na to, że to ja. Bo wszyscy tak poważnie analizują, sondaże pokazują a mnie to lata i bawi. Aż za brzuch się chwyciłam. Mąż od dwóch dni sera nie kupuje, żeby mi już całkiem nie odbiło. Pani doktor sprawdzi, czy te leki co mi przepisała, mają takie skutki uboczne, bo całkiem do siebie nie jestem podobna.

- Co też pani mówi, pani Haniu. Ani syrop ani antybiotyk tak na ludzi nie działają. Miałabym wszystkich pacjentów szczęśliwych. A brała Hania coś jeszcze bez recepty?

- No coś tam wzięłam. Pani w aptece mi dała i uprzedziła, żeby nie przesadzać,  bo zioła w nadmiarze szkodzą. Co ona tam wie. Taki mąż  Kory sam hodowlę ziół prowadzi, bo to taniej i wiedzę człowiek poszerza. Też bym chciała ale ze strachu przed nalotem, to nawet pojedyncze maki wycinam. 

- No, faktycznie, humor to Hania ma. Każdemu według potrzeby i wtedy nie zaszkodzi.

- Taaak? To dlaczego po syropie świat mi się taki kolorowy zrobił, co? Fakt pół butelki z rozpędu wypiłam ale żeby aż tak?

- Ja sił do Hani nie mam. 3 razy dziennie po łyżce miało być a Hania to w jeden dzień wypiła i jeszcze inne syropy kupiła ?

- A, bo cierpliwości nie mam, pani doktor. Teraz jest dobrze...

- Pani wie, pani Haniu, że cholesterol jest ciut za wysoki? Bierze pani te tabletki na zbicie?

- Biorę pani doktor ale ten dziadyga taki uparty, że weto stawia . Żeby mi tak konto rosło jak ten cholesterol!  Dietkę mam, pedałuję na tym rowerku co to poty wyciska a w miejscu stoi i ….nic.  Na golonkę patrzę z obrzydliwością, samą zieleninę wcinam, niedługo za królika będę robić . I co? Marny kilogram! 

- Zmienię Hani  lek a tych syropów to niech Hania już nie pije, bo w nałóg wpadnie. Na alkoholu są! Ulotek Hania nie czyta?  Co Hania taka czerwona się zrobiła?

- No, kurza kostka. Nie czytam pani doktor, bo jak przeczytam to zaraz mam wszystkie skutki uboczne. Teraz tak myślę, że  te syropy i jeszcze herbatka z prądem…..

- To herbatka też? Oj, czeka Hanię odwyk na całego. Nie będzie już tak Hani wesoło i kolorowo. A teraz to uważać na siebie trzeba, bo organizm osłabiony jeszcze. Jak znowu w sobotę spotkam Hanię na szlaku w Wiśle, to sobie pogadamy. W domu siedzieć i nie szaleć. I żadnego syropu!