Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 20 grudnia 2012

Wiadomości z frontu walki i ....życzenia



No i przyszła kolej na mnie. Najpierw Pan Małżonek zameldował się z ręką w gipsie. Później, dopadło go paskudne przeziębienie. A teraz i mnie drapie w gardle.  A święta tuż, tuż. Póki co smarkam, kaszlę i jestem do niczego.
Dlatego, na wszelki wypadek pozwólcie, że już dzisiaj złożę Wam życzenia. Postaram się Was odwiedzić na blogach jak tylko siły mi pozwolą.



Moi Drodzy !
Składam Wam serdeczne życzenia radosnych i rodzinnych Świąt. Tym, którzy będą spędzać je samotnie, życzę aby były to  dla nich ostatnie takie Święta a Tym, którzy pożegnali kogoś Najbliższego, życzę spokoju ducha. Oby Wasz ból znalazł ukojenie.

Niech magiczna moc Wigilijnego Wieczoru przyniesie Wam spokój i radość a Nowy Rok obdaruje was pomyślnością i szczęściem.
 
 

niedziela, 16 grudnia 2012

Tradycja


Popatrzcie jak to jest. Tyle się w świecie zmienia. Technologia rozwija się w zawrotnym tempie, człowiek żyje coraz dłużej, nowinki zalewają nas z każdych stron. Mamy Internet, bankomaty i takie  różności, o których nawet nie marzyliśmy lata temu. Nie mieliśmy ich ale świat był prostszy. Dobro było dobrem, zło złem. Jasne definicje, ściślejszy związek rodzinny. Niewiele z tego zostało.

A jednym z tych „reliktów„  jest Wigilia. Większość z nas zasiądzie do wigilijnego stołu w towarzystwie rodziny , która na co dzień jest równie zabiegana i zapracowana jak my. Przyjadą dzieci, przyjadą wnuki. Mamy i babcie będą krzątały się w kuchni, gotując ulubione potrawy domowników i przyjezdnych krewnych. Będzie barszcz z uszkami, zupa grzybowa, rybna. Smażone rybki, śledziki , makówki i kutia. Każdy z nas ma swoje przepisy, czasem dodaje nowinki. W kącie będzie stała choinka. Kiedyś trochę zgrzebna, bo ozdobiona papierowymi łańcuchami, pierniczkami lukrowanymi i cukierkami zawiniętymi w złotko.  Sama nie jedne dni przedświąteczne spędzałam z synami nad robieniem takich domowych ozdób. Nadejdzie czas ucztowania ale i refleksji. Czas zgody choćby tylko tymczasowej ale jednak. Przełamiemy się opłatkiem  życząc sobie ponownego spotkania za rok. Na ten jeden dzień zmartwienia i animozje odejdą na bok.

Powiem wam jak wyglądały moje Wigilie na Ziemi Cieszyńskiej.
Moja Teściowa,  kobieta wielkiej mądrości i zacności nakrywała do stołu. Na środku stawiała talerzyk z opłatkami i miodem . Zapalała świece. Pod obrusem leżało sianko a pod każdym z nakryć, monety. Miały przynieść  nam brak trosk materialnych w Nowym Roku.  Przed spożyciem wieczerzy i po niej, zmawialiśmy krótką modlitwę, prosząc o błogosławieństwo  i dziękując za dary leżące na stole.
Była zupa fasolowa i zupa rybna z rodzynkami, była moczka, smażona ryba, kapustka i kompot wigilijny. Dzieliliśmy się opłatkiem składając  sobie życzenia i przepraszając za niektóre grzeszki. Potrawy donosiła do stołu tylko gospodyni. Po wieczerzy, Teściowa i  Teść udawali się do obórki z resztkami potraw wigilijnych aby podzielić się nimi z trzodą. W spiżarce czekały ciasta i ciasteczka cieszyńskie.

Moja Wigilia to melanż kuchni cieszyńskiej i bytomskiej. Nie ma moczki, jest barszcz z krokietami. Zupę rybną gotuję na ostro. Są ulubione przez całą rodzinkę makówki, ryba po grecku i karp po żydowsku. Jest sianko i monety. Są łuski z karpia chowane skrzętnie do portfela. I oczywiście opłatki z miodem. Na stole leży dodatkowe nakrycie symbolizujące tych, którzy odeszli a jednocześnie przygotowane dla niespodziewanego gościa. Spoglądając na to dodatkowe nakrycie pomyślę o moich Rodzicach, Bracie, Dziadkach, Teściach i  Starce mojego Męża.. Pomyślę o bliskiej mojemu sercu Anusi, która odeszła w tym roku. Z nadzieją, że Oni stoją tuż obok.

A z nowinek….Połówka ma rękę w gipsie, czyli co? Radź sobie kobieto sama.



A jak Wy spędzicie Święta?

środa, 12 grudnia 2012

Syzyfowa praca



Wczoraj rano niechętnie otworzyłam oczęta, zerknęłam za okno i już wiedziałam, że czeka mnie ciężki dzień. Śnieżek prószył leciutko ale droga do ulicy była zasypana. W wyobraźni widziałam jak mąż zostawia samochód gdzieś tam i brnie w śniegu do swojej niewątpliwie kochanej połowicy. No, cóż. W miłości nie liczą się słowa ale czyny. Do łopaty przymierzałam się tak ze trzy razy. Stała w kącie i słowo wam daję, szczerzyła się do mnie radośnie. No, dobrze, niech tam. Obrobię wjazd przed furtką i koniec!
Wzięłam się do odśnieżania i jak to kobieta nie znająca umiaru rozpędziłam się na dobre. Załatwiłam podjazd i pomyślałam.. a może jeszcze kawałek?
Skończyłam przed samym wejściem do domu. Marne 4,5 x 50m. Pękałam z dumy, bo przecież to kawał roboty. A może jeszcze trochę na tarasie? Duży jest, tak około 40m kwadratowych ale co to dla mnie? Pestka. Sikorki się nie zapadną w śniegu, ziarna będą miały jak na dłoni. Myślisz i masz! Po wszystkim usiadłam na kanapie i usiłowałam wrócić do równowagi. Po powrocie Połówki zostałam pochwalona nad wyraz i pogłaskana po główce. Super.
A rano…..

Droga wyglądała tak


Taras tak…


I co teraz?
Za oknem sypie, mężczyzna mojego życia  wróci dziś późno , czyli co?
No dobrze, poświecę się raz jeszcze. Mówi się, że gorąca miłość potrafi stopić ołów. Jak widać nie tylko. A łopata znów się szczerzy....

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Matrix

(grafika.google)  


Od wielu lat  byłam przekonana, że żyję w wolnym kraju. O święta naiwności! Pora zdjąć różowe okulary i przejrzeć na oczy.
Jak nic , mój kraj to kondominium rosyjsko –niemieckie. Codziennie każą mi padać na twarz przed Panią Merkel i Putinem. Każą gadać po niemiecku i rosyjsku pod groźbą zesłania. Nie mogę czytać Polskiej Gazety Codziennej i Frondy. Nie mogę słuchać Radia Maryja i oglądać Telewizji TRWAM. Wredny rząd mnie za to szykanuje i grozi dybami. Na msze chodzę  poboczami i oglądam się ciągle za siebie. Po tej strasznej tragedii 10 kwietnia płakałam w ukryciu, bo wokół byli sami szpicle i mogliby donieść komu trzeba. Po nocach śni mi się styropian i wizja esbeckich pałek. Nie mam lekko. Zeszłabym do podziemia ale tam to już taki tłok, że się nie zmieszczę. Nawet bym zaryzykowała ale…i tam mnie nie lubią bo….
Jak nic, jestem ukrytą opcją niemiecką i jak nic  jestem ekstremistką. Jestem nielojalna wobec prawdziwej Ojczyzny, na dodatek mój śląski akcent jest jakiś taki nie polski. W czasie Stanu Wojennego stałam tam gdzie ZOMO, bo nie mieszkałam w willi na Żoliborzu i nie spałam pod pierzynką u mamusi. Jak wiele z wrogich elementów, rodziłam nieprawomyślnych obywateli zakamuflowanej opcji niemieckiej, chodziłam do pracy i wspierałam nią wrogi reżim. Ośmielałam się żyć i nie polec na barykadach. Nie broniłam pracy doktorskiej z tez Lenina i nie grałam w filmie dla dzieci. Mało tego, moi synowie mieli chrzciny i komunię a włos mi nie spadł z głowy. Wiecie dlaczego? Bo prawdopodobnie byłam  SB-ką żydówką na usługach reżimu.  Nie polubią mnie, to pewne.

Chciałabym obudzić się z tego koszmaru. Nie słyszeć tego jaka jestem podła i tylko polskojęzyczna. Chciałabym żeby opozycja podjęła konstruktywne rozmowy o poważnych problemach, które gnębią mój kraj. Łatwo je zdefiniować. Praca, byt, zdrowie. Żeby usiadła do stołu  i zajęła się losem obywateli naszego kraju. Chciałabym, żeby rząd nie był z siebie tak zadowolony, bo powodów do tego ma niewiele. Żeby kościół zajął się tylko tym do czego został powołany – do szerzenia i utrwalania wiary wśród tych którzy tego pragną. Żeby przestał się bogacić w tak drastyczny i nieetyczny sposób. Żeby było mniej takich czy innych pochodów, marszów i miesięcznic a więcej pokory i pracy. Często słyszę jak posłowie mówią, że służą Polsce. Tylko mówią. Brzmi to górnolotnie i ma mało wspólnego z tym co się dzieje. Polska to MY obywatele. Nie tylko nazwa geograficzna ale i żywy organizm. Mało który z posłów koalicji, opozycji  i rządzących  o tym pamięta.
No, ulżyłam sobie ale ten zły sen nie skończy się tak szybko. Nie wystarczy otworzyć oczu, żeby koszmar odszedł w niebyt. Pozostaje w głowie na długo i budzi strach.

środa, 5 grudnia 2012

Nic nowego


Wstałam dzisiaj raniutko a za oknem nadal śnieg  i niebo takie ponure. Te chmury zwiastują dalsze opady


Wysypałam ziarno dla ptaków i przez okno kuchni obserwowałam czy przylecą. Najpierw z wizytą  wpadły sikorki. Jedna grubiutka rozbawiła mnie do łez. Szybka mimo widocznego brzuszka i waleczna. Dlaczego waleczna? Ano, po raz pierwszy zagościł u mnie na tarasie kos. Skakał kolo karmnika i przeganiał sikorki.  Mój pupil! 
Kto by pomyślał, że taki z niego egoista. Sikorka umykała a za chwilę już była za jego ogonkiem i podkradała ziarna. Zanim pobiegłam po raz kolejny po aparat, ważniaczki już nie było. Została jedna sikoreczka, która karnie czekała na swoje miejsce  kolejce.. 


Dobrze jest się zatrzymać na chwilę. Nie oglądać smutnych czy wkurzających wiadomości. Poobserwować ptaki, pójść na spacer z Lejką. Wróciłam zmęczona a Lejka padała na pyszczek. Zimnoooooo!


Potem to już rutyna. Obiadek dla dziadka, osobno dla nas. Ani się obejrzałam niebo zmieniło swoją szatę. 





A teraz zapraszam . Cieplutko i miło.
 
 

niedziela, 2 grudnia 2012

Pieski,kotki i ...chmury



Odkąd sięgam pamięcią, w moim otoczeniu zawsze  były pieski i kotki. Pierwszego pieska znalazłam w obskurnej bramie. Maleńki, zapchlony i porzucony. Wsadziłam go za pazuchę zimowej kurtki i przyniosłam do domu. Mama , kobieta wielkiego serca zaniemówiła na nasz widok. Piesek piszczał a ja drapałam się niemiłosiernie bo oblazły mnie pchły. I piesek i ja wylądowaliśmy w łazience , gdzie moja kochana rodzicielka poddała nas działaniom higienicznym. W miedzy czasie okazało się, że pieska trzeba było karmić z butelki. Był z nami kilkanaście lat. Później była moja ukochana wilczyca Kama. Do tej pory jak o niej myślę, robi mi się ciepło na sercu. A teraz jak wiecie mam Lejkę. Uroczy kundelek i przyjaciel na dobre i złe. Kiedy leżę na kanapie układa  się za moimi  plecami i dmucha mi  do ucha, kiedy za długo siedzę przed ekranem komputera, to trąca mnie łapką i domaga się uwagi. Rozpuściłam ją jak dziadowski bicz. Mea culpa..

 Moi synowie odziedziczyli słabość do zwierząt. Jeden przygarnął kotka, którego znalazła synowa





Drugi syn wraz ze swoja sympatią zostali opiekunami tych dwóch urwisów 



A teraz o chmurach
Młodszy syn podczas eskapady  w góry zrobił świetne fotki. Ma słabość do wspinaczek i ekstremalnych jak dla mnie wyzwań. Widoki cudne ale nie ma takiej siły na świecie, która zmusiłaby mnie do takiego wysiłku. Wysoko, rzadkie powietrze i duży wysiłek fizyczny. Rozbijanie bazy, wiatr i mróz. Nie mam pojęcia po kim odziedziczył taką pasję ale po mnie na pewno nie. Odetchnęłam z ulgą kiedy  wrócił cały i zdrowy do domu. Ech, ci mężczyźni. Nie mogą żyć bez adrenaliny. Im trudniej, tym lepiej. Masakra. A za oknem śnieg…




Miłego tygodnia