Obserwatorzy

Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 października 2013

Sypnęło listowiem



Pył po remoncie opadł, Lejka przestała być znerwicowana a ja?



Zadowolona i szczęśliwa, że to już koniec. Dzisiaj był cudowny dzień. Słońce , słońce, słońce. Staw zmienił barwę na szmaragdową, na jabłonce pozbawionej liści, zostały ostatnie jabłuszka a czapla dumnie paradowała wzdłuż brzegu. Zanim pobiegłam po aparat, wzniosła się w powietrze tuż nad moją głową i poszybowała w stronę Czech. Jutro znowu tu będzie. Jak co roku zresztą.

Dzisiaj byłam w Cieszynie. Na ryneczku grupki ludzi spotkały się pod fontanną, ławeczki były zajęte przez złaknionych słońca. Kocham Cieszyn chociaż to nie moje rodzinne miasto. Często snuję się po jego uliczkach nie omijając Wzgórza Zamkowego. Pięknie tam.
Drzewa zmieniają barwy, króluje złoto, przytłumiona zieleń i czerwień.
W ogrodzie jeszcze zielono ale widać, że przygotowuje się do snu. Zgarnęłam opadłe listowie, kwiaty w koszach schowałam do piwnicy. Obudzą się na wiosnę. Mam już zapas ziarenek dla ptasząt.
 







Dni mijają tak szybko. Już wieczór i za oknem zmrok. Napaliłam w kominku i jest całkiem przyjemnie. Jutro zaczniemy nowy tydzień. Jeszcze chwilka i święta będą tuż tuż.





Czasem mam wrażenie, że czas przecieka mi między palcami. Czas, towar deficytowy, ciągle mamy go za mało.

Mam słabość do starych zegarów. Nie wiem skąd wziął się u mnie ten pęd do staroci. Może z wiekiem człowiek chce wrócić choć pozornie do czasów swojego dzieciństwa? Może przytłoczony cudeńkami techniki, chce czegoś co pozwala zatrzymać się choć na chwilę? Lubię starocie, lubię  zastanawiać się nad tym jakie mogły być ich dzieje, kim byli  ludzie, którzy mieli je w swoim posiadaniu. Każde z nich ma swoją przeszłość i historię. Ważne żeby miały swoją przyszłość.
 
  










wtorek, 15 października 2013

Migawki z ogrodu i remont



No i zaczął się. 
Remont. Słowo, które przyprawia mnie o ciarki. Wszechobecny pył, huk i odgłosy wiertarki. Chaos jednym słowem. Lejka zwiała na taras i nie wychyla z niego nawet nosa.
W ramach relaksu przeszłam się po ogrodzie. Jesień, jesień. Jeszcze tylko kwiaty na parapetach i tuje bronią się przed  przymrozkami. Moje piękne hortensje zbrązowiały . Mam nadzieję, że odżyją na wiosnę, bo bywają humorzaste jak nie przymierzając Lejka.
Zabieram Was na mały spacer a później biorę się za obiadek. Remont remontem a stryjek jeść chce. Wstąpił na chwilę i przyniósł mi pyszne jabłuszka.




Miłego tygodnia.

niedziela, 13 października 2013

Minął weekend



Nawet nie wiem kiedy. Pracowity był nad podziw. 20kg kapusty kisi się w beczułce i w słoikach. Zaszalałam jednym słowem. Spiżarka zapełniła się przetworami a widok pełnych półek działa na mnie kojąco. Wiem, można przecież wszystko dostać w sklepie ale co domowe to domowe. Stryj zaciera ręce, bo co jak co ale moją kapustę lubi. Odkąd zmarła stryjna,  kupował kapustę w sklepie ale mu nie smakowała, bo jak mawiał, miał na nią ”długie zęby”, co by to nie znaczyło.
Kołowrotek oczyszczony i pociągnięty olejem. Nie pomalowałam go bejcą stwierdzając, że przetarcia też mają swoją historię. Czyjeś ręce zostawiły ślady użytkowania i niech tak pozostanie.

Dostałam starą bańkę na mleko. Ma swoje latka ale też i pewien urok.




Odwiedził mnie starszy synek. Przyjechał na weekend z Newtonem. Lejka żyje z nim w symbiozie ale jak tylko może, to wyjada mu pokarm z talerzyka. Paskudnica i tyle. Po mnie tego nie ma.








Newton to kotek ze schroniska. Na każdym zdjęciu „blinduje” mu oczko. Nic dziwnego , bo na nie nie widzi. Kręci się trochę po domu, wskakuje gdzie chce, co przyprawia moje serce o palpitacje. Nie zmienia to faktu, że jego obecność mnie cieszy. 


Lejka siedzi na kanapie i pozwala łaskawie na karesy. Nawet nie robię jej wyrzutów, bo kojec zajęty. 


  
A od jutra remont łazienki. I jak tu się nudzić?

sobota, 5 października 2013

Kołowrotek





Sporo lat temu oglądałam stare rodzinne fotografie. Moja Babcia i prababcia uśmiechały się do siebie z czułością. W kącie kuchni stał kołowrotek. Zapomniałam o tej fotografii, przepadła gdzieś razem z przeprowadzką Babci. Nie wiem dlaczego ale ten kołowrotek utkwił mi w głowie. Być może dlatego, że Babcia często go wspominała. Po zawierusze wojennej nie było już starego zegara i dębowej szafy  a kołowrotek tak jak i reszta skromnego umeblowania, poszedł do ludzi. Po powrocie dziadka z Ukrainy, rodzina sprzedała wszystko co miało jakąkolwiek wartość aby ratować jego zrujnowane zdrowie. Niektórzy nie mieli tyle szczęścia i już nigdy nie wrócili do swoich rodzin i domów. Wiele górniczych rodzin , w których ojców, synów i braci wywieziono w ramach wywózki górników , klepało biedę.
Słuchałam opowieści Babci o tamtym trudnym okresie. Coś pozostało w głowie, coś umknęło. Młody człowiek żyje teraźniejszością i dopiero z wiekiem wraca do minionych wydarzeń. Tak było i ze mną. Odtwarzałam zasłyszane wspomnienia, grzebałam głęboko w przeszłości moich bliskich. Odkryłam małe sensacje. 
Któregoś dnia na portalu ogłoszeniowym natknęłam się na słowa: „kołowrotek sprzedam”. Fotka pokazywała to cudeńko dosyć wiernie. Przypomniałam sobie starą fotografię.
Wczoraj minęła 38 rocznica naszego ślubu a dziś kołowrotek trafił do mnie. Nie ten sam ale to nie ważne. Stary, podniszczony ale w jakiś sposób mi bliski. Spędzę nad nim parę dni aby pieczołowicie przywrócić go do lepszego stanu. Czyszczenie, bejcowanie i lniany olej, tego mu trzeba. Odrobinę czułości , odrobinę miłości i czasu. Kiedyś dostanie go moja wnuczka.  Taka mała rzecz a radość daje mi ogromną.

poniedziałek, 30 września 2013

Ach, ta dieta



- Hej sąsiedzie. A skąd ta gradowa mina w ten słoneczny dzionek?. Stało się coś?
- Ano, stało pani Haniu.  A było to tak:

Lubię ryby i ich dzwonka
Lecz pociąga mnie golonka
Ta wędzona, gotowana,
trochę  i ta peklowana
Ta golonka do mnie kwili
Powiem to bez zbędnej chwili
Tak rajcuje mnie kruchością,
Że zajadam się z lubością.
Może to i z racji wieku
Siedzi takie coś w człowieku,
Że tłuściutkie je z radością,
Powiem więcej, że z miłością.
Powiem także bez podtekstów
Więcej mięsa a mniej seksu
Chociaż zmysły seks porywa
Do golonki nie umywa.
Nie ma tutaj gry przedwstępnej
Nie ma gadki nadaremnej
Jest przyjemność i ekstaza
Co się w seksie rzadko zdarza.

- Żyłem  tak sobie spokojnie i nie spodziewałem się  piekła  jaki mi Henia zafundowała. I jest tak, pani Haniu:

Żona mnie na dietę wzięła i życia już całkiem nie mam. Nic tylko ryby i rybki a na dodatek sama zielenina. Mówię jej, Henia a czy ja koza jestem? Golonki byś dała albo żeberek. Przez tę zieleninę to już niedługo beczeć będę. A ta nic, pani Haniu. Na rybki to jeszcze bym się zgodził bo rybka lubi pływać ale nie w tym co mi Henia daje. Piwko, setka to rozumiem ale żeby sok z jabłek czy aronii?  A wszystko przez ten cholesterol , co to wszyscy o nim mówią a nikt go nie widział.
Co za czasy, pani Haniu. Mój starzyk całe życie tłusto jadł, gorzałeczki nie odmówił a zmarło mu się jak 90- tkę skończył. Henia mówi, że kiedyś to inny materiał genetyczny był, te następne pokolenia  to same mimozy  i karmi mnie tymi rybami. Jak nóżkę z kurczaka usmaży, to święto mam. Ciśnienie też podobno nie bardzo ale jakie ma być jak popatrzę w talerz i krew mnie zalewa? Do tego już doszło że chciałem wyjąć Reksiowi z miski kość , piękna była, obrośnięta mięskiem ale nie dał cwaniak. Szkoła Heni, mówię pani.
- Niech tak sąsiad nie narzeka bo Henia dobrze chce. Sama na diecie jestem to wiem.

- E, tam. Nie widzę żeby sąsiadka ciałko straciła a mnie już 8kg ubyło i portki nowe musiałem kupić. Mnie się wydaje, że Henia chce mnie albo odmłodzić albo wykończyć. Niby kocha ale kto by tam za kobietą trafił. Patrzy na nasze stare zdjęcia i mówi „ no jeszcze trochę i będziesz jak za młodu”. Hania wie, roboty mam przy gospodarstwie sporo a Heni jeszcze mało. Rower mi kupiła i każe ze sobą jeździć po polnych drogach. Skaranie mam z nią, tyle Hani powiem. No dosyć tego gadania, pora na zieleninę. I jak tu żyć, pani Haniu, jak tu żyć?
A Reksowi tej kości to nie daruję.

sobota, 28 września 2013

Promyk



Szukałam go od dawna. Wokół siebie, zerkając w pochmurne niebo pomiędzy srebrnymi świerkami. Wśród kwitnących kwiatów i bujnej zieleni traw. Nadaremno. Ołowiane chmury zasnuły horyzont, wiatr nieubłaganie zginał listowie ku ziemi. Fale marszczyły taflę stawu przeganiając rozgniewane kaczki. Deszcz przybierał na sile.
Dusza zamknięta w skamieniałym zdawałoby się sercu. Kiedy już wydawało się, że moje poszukiwania spełzną na niczym , dostrzegłam go. Był tak blisko. We mnie. Promyk nadziei. Błysnął, rozgrzał swoim światłem i otulił ciepłem. Czasem tak niewiele trzeba żeby go dostrzec. Otworzyć serce, odrzucić udrękę i zrozumieć, że życie to dar.
Człowiek jest jak skała. Poraniona , popękana, czasem samotna ale przecież twarda. Może się i łuszczy, może i jest zaznaczona korytarzami wydrążonymi przez krople ale nieustępliwa. Czasem skąpana w deszczu a czasem ozłocona promieniami. Przyjmuje to co daje kapryśna aura.
Jest jednak coś co może tę skałę skruszyć. Drugi człowiek. Bezwzględny i okrutny. Nie oglądający się na nic. Trudno z nim walczyć i bywa, że skała rozsypuje się w stertę drobnych kamyków.  Ale i wtedy jest nadzieja, bo choć skała nie jest już monolitem, to przecież nadal jest. Inny człowiek może wziąć garść tych kamyków i ogrzać je w swoich dłoniach.  I znowu pojawi się  promyk w każdym z nich. Nadzieja. Jak dobrze, że jest. Może i naiwna, może tymczasowa ale dająca siłę. Bo cóż bez niej  warte byłoby życie ? 

Dziękuję za ciepłe słowa i pamięć. Były i są dla mnie bardzo ważne.
Pozdrawiam Was serdecznie  

Nadzieja

Oczy często żalu pełne
Smutek je napełnia łzami
Człowiek chwieje się na wietrze
I za słabość swą się gani.

Kiedy sił mu brak tak często
Kiedy poddać się już pragnie
To światełko widzi w mroku
Chwyta mocno, nie przepadnie.

Drżące palce niespokojnie
Tańczą tuląc ognik tlący
Baczą by nie uciekł  w mroku,
Człowiek tak nadziei chcący.

Chociaż może tylko zwiewna
Może tylko jest muśnięciem
Chciałby ją zatrzymać  w sobie
Łzami, siłą czy zaklęciem.

Daje ciepło, błysk radości
Przebijając się przez chmury
Mając w sercu, mając w duszy
Człowiek chce przenosić góry.

środa, 1 maja 2013

Czas



Upływa tak szybko. Jeszcze nie tak dawno na okolicznych polach i w ogrodzie gościła zima.
W ostatni poście wspomniałam o księżycu. Jego zmartwiona buźka zapowiadała deszcz. No i pada. Zieleń nabrała szmaragdowej barwy a za płotkiem stoi obsypana kwieciem czereśnia. Cudowna jest. Spoglądam na nią i myślę o spracowanych rękach , które posadziły ją wiele lat temu. Rękach mojego nieżyjącego już teścia. Spoglądam na marszczące się wody stawu nad którym tak lubił przesiadywać. Coś odeszło, coś zostało. Nasz stryj  pieszczotliwie zwany dziadkiem, skończył 83 lata. Tak bardzo lubię z nim rozmawiać. Nigdy na nic się nie skarży i każdy dzień wita z radością. Jest wdzięczny losowi za to, że jeszcze jest, za deszcz, śnieg i pojedynczy promyk słońca. Docenia czas, pewnie to przychodzi z wiekiem.
Ciekawe jak upływ czasu wpływa na człowieka. Latka lecą a w duszy często wiosna.40, 50 i za chwilę, może dwie, 60- tka. Spoglądam w lustro, widzę zmarszczki i myślę, że życie nie szczędziło mi radości ale też i smutku. Jak każdemu z nas. Pogodzenie. To najlepsza recepta na upływ czasu ale nie na życie. Pochwycenie swojego losu i próba pokierowania nim jak najlepiej i pełniej. Można pozwolić nieść się życiu ale czasem trzeba zawalczyć a przynajmniej próbować. Bywa, że los wyrywa ster z ręki, człowiek miota się na wszystkie strony pragnąc przybić bezpiecznie do przystani. Dla każdego z nas jest ona pewnie czym innym.
Lubię zapach mocniej kawy o poranku. W całym domu panuje cisza, Lejka siedzi za moimi plecami i ziewa. Śmieszny z niej piesek. Wystarczy, że nie ma mnie pół godziny a taszczy na kanapę moje kapcie. Gdy nieobecność się przedłuża to z przekorą wkłada miseczkę z wodą do miski z pokarmem a później udaje niewiniątko. Kiedy mąż wraca z pracy psinka biegnie jak szalona w stronę bramy. Powitanie jest gorące i w nagrodę może podjechać z wielką pompą pod dom.
Gajka rośnie i w czerwcu skończy 2latka. Nasza wnuczka, wiecznie uśmiechnięty promyczek. Nie widuję jej tak często jakbym chciała, cóż odległość robi swoje.
Jutro Was odwiedzę. Dziękuję za komentarze i pamięć. A na deser wierszyk.

Sen

Noc  zapadła ciemna , rechot żab za oknem
Senność się  zakrada  cichutko na palcach
Wiatr gwiżdże żałośnie i snują się cienie
Zasypiam nie chcąc tej senności zwalczać.

W swoim śnie płynę wysoko w przestworza
Obłoki mnie wabią lekkością w przestrzeni
Słońce opromienia, lot ptaków swobodny
Jakże bym  chciała w ptaka się zamienić.

Wystarczyłby wtedy mały łyczek wody
Okruszyna chleba i promienie słońca
Zostawić za sobą to co   w życiu boli
Zachować  beztroskę i śpiewać bez końca.

Za oknem już świta, budzę się powoli
Kos przeciągle gwiżdże w plątaninie krzewów
Wstaje wczesny ranek , dzień przynosi nowy,
Dzień  pełen nadziei, pełen ptasich śpiewów.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

No i przyszła....



Nareszcie wiosna. Rano wschodzące słońce zagląda nieśmiało w okno. Powietrze pachnące jeszcze nocną wilgocią niesie śpiew ptaków. Na magnolii widać już nabrzmiewające pączki kwiatów. Lubię takie poranki. Kwiecień plecień poprzeplata.. i zapewne  sprawi jeszcze małe niespodzianki ale zbliża się maj. Mój ukochany miesiąc. Właśnie wróciłam z ogrodu. Spoglądałam w niebo. Jest czyste. Księżyc przybiera i słowo daję, widzę jego twarz. Trochę zmartwioną i jakby zawstydzoną. Pewnie będzie padać deszcz. Mimo zmroku sarny pasą się na łące. Często je podglądam skradając się jak najbliżej. Są takie czujne i płochliwe.
Dziękuję za miłe komentarze i maile. Jeszcze nie jest dobrze ale powolutku sytuacja się zmienia. A to przekorny wierszyk dla Was.

Nie wierzcie poetom

Poeta  układa  słowa  w poematy
Ubiera w szaty swoich uczuć burze
Wygładzając  pięknie ofiaruje ludziom
Kiedy czytasz wiersze to pachną jak róże.

Nie wierzcie poetom, bawią się słowami
I żonglując  nimi nie baczą  na skutek
Nie wierzcie poecie kiedy wkłada w serca
Uczucia gorące , przejmujący  smutek.

Poeci głowami gdzieś  w obłokach  błądzą
Dalecy od życia i ludzkich  tragedii
Chwytają marzenia  w delikatne sieci
Chcą pisać o smutku,  piszą o komedii

Nie wierzcie poetom to papuzie ptaki
Stroją barwne piórka tak na pokaz stale,
Ciągle dręczą duszę, tylko to potrafią
Zapatrzeni w siebie  i  głusi na żale.

czwartek, 7 marca 2013

Idzie wiosna?





Ano idzie. Straszą nas wprawdzie powrotem zimy ale zielona pora roku daje pierwsze sygnały, że jest tuż za progiem.
Nie chodzi nawet o piękne słońce, które zagląda do mojego okna. Nie chodzi o stadko sarenek i bażantów na polach ani o harcujące zające.
Wszyscy witają wiosnę radośnie a dla mnie przedwiośnie to czas walki. Pełen zmagań z chorobą, która mnie dopadła. Z uczuciem beznadziejności, smutku i szukaniem odrobiny radości w życiu. Tak mam co roku ale teraz ten okres jest bardziej dokuczliwy niż poprzednie. Depresja. Czasem siedzi cichutko w kącie i daje fałszywe poczucie , że wszystko jest już ok. Żyjesz, uśmiechasz się bez przymusu, nie wmawiasz najbliższym, że czujesz się dobrze, bo tak jest. A potem…lekki pstryk i nie ma twojego spokojnego życia. Zapadasz się w czarną dziurę i wszystko traci sens. Swoisty rollercoaster. Raz góra, raz dół. Był dół a teraz czekam z nadzieją na górkę.

Spoglądam w błękitne, czyste niebo. Sikorki nadal przylatują do karmnika. Mam jeszcze mały zapas ziarenek, wystarczy dla tych skrzydlatych łakomczuchów.
W kącie okna budzi się do życia sundaville. Po raz pierwszy udało mi się przechować ten piękny krzew przez okres zimy. Róże zaczynają puszczać pąki chociaż stoją w chłodnym , ciemnawym garażu. Powolutku roślinki budzą się do życia. Mam nadzieję, że ja również. Chciałabym.

Łezki

Spadła mała łezka jak kryształek skrzący
A za nią następne znacząc drogę rosą
Chciałabym te łezki  w naszyjnik połączyć
Ofiarować  tobie a może niebiosom.

Toczą się po twarzy naznaczonej bólem
Słone i  wilgotne, pieką od nich oczy
Dałabym naszyjnik z tych kropli mój miły
Żebyś  moją szyję  ich blaskiem  otoczył.


Gdybyś spojrzał tylko na te krople skrzące
Zobaczył tęsknoty błysk  gdzieś w moim oku
Zrozumiałbyś wtedy, że  ja te kryształki
Zbieram bezustannie żyjąc w ciągłym mroku.

wtorek, 19 lutego 2013

Wspomnienia



Bosa , zasmarkana i szczęśliwa. Wcinająca pajdy pachnącego chleba z „tustym’ (smalcem). Pijąca wodę prosto z kranu i zrywająca owoce rosnące na działce. Zapach jabłka, smak malin i truskawek. Nie było telewizora ale na honorowym miejscu stało radio i kusiło zielonym oczkiem. Był rowerek wyproszony przeze mnie i okupiony dużym wyrzeczeniem przez Mamę. Nie było telefonów komórkowych, smsów i e-maili. Były zabawy czymkolwiek i w cokolwiek. Zbieranie szkiełek, gry w scyzoryka, klasy czy w  dwa ognie. Były rozmowy, psikusy i zwiedzanie tajemnych zakamarków. Za blokiem rozciągała się moja kraina szczęśliwości. To tzw. bagry. Zalesione, pełne czystych, małych stawów obfitujących w raki i traszki. Unosił się nad nimi zapach ogniska i pieczonych ziemniaków. Często leżałam na zielonej trawie i wpatrywałam się  w delikatny dym niosący w sobie obietnicę niezłej uczty. Niecierpliwie rozgrzebywałam ognisko i wyławiałam gorące , pachnące lekką spalenizną ziemniaki. Parząc palce obierałam je ze skórki choć niezbyt dokładnie. Do domu przychodziłam umorusana , syta i szczęśliwa. Z takim bagażem wchodziłam w wiek młodzieńczy.



Chmurny, durny, pełen błędów ale przecież też na swój sposób pociągający. Jak każdy, byłam zagubiona tym swoim dojrzewaniem, szukaniem akceptacji i przyjaźni. Stawałam przed problemami z którymi musiałam poradzić sobie sama. I radziłam sobie. Miałam swoje obowiązki a było ich niemało ale oprócz nich  były też obozy wędrowne, spływy kajakowe, był autostop. Były koncerty i opera, był teatr. Mama wprowadzała mnie w ten Jej świat abym  nie zasklepiała się tylko w swoim. Rewanżowałam się tym samym. Niemena i Czerwonych Gitar słuchała równie często jak ja „Księżniczkę Czardasza”. Pokazała mi całe bogactwo muzyki i sztuki ,poszerzając moje zawężone wtedy horyzonty. Klasyka i Niemen. „Ania z Zielonego Wzgórza” i „Czarodziejska Góra”. „Ten obcy” i „Cichy Don”. Dziwne połączenia ale taka właśnie wtedy byłam. Czytałam dużo i chętnie. Pokochałam zapach starych książek , który unosił się w osiedlowej bibliotece. I taka pozostałam do dzisiaj. Chłonę nowinki choć się nimi nie ekscytuję. Korzystam z nich choć nie stanowią dla mnie ważniejszej sfery życia. Lubię Adele choć ze wzruszeniem słucham Pavarottiego.
A dlaczego ten post? Chciałabym, żebyście poznali mnie trochę lepiej.
Pozdrawiam Was serdecznie.


Naj….

Wieczór już zapada i mgiełka w oddali
Pusta kartka czeka na Muzy natchnienie
Siedzę nieruchomo, myśli krążą w głowie
Na białej firanie pierwsze mroku cienie..

Najtrudniejszy bywa wiersz nie napisany
Słowo co umyka i  znika w przestrzeni
Dusza pognębiona nad karteczką białą
Bo przewrotna  muza tak chętnie się  leni.

Najbardziej  nurtują myśli  rozbiegane
Jak tu je  pochwycić i w więzach osadzić
Przystaną na chwilę , znowu uciekają
Dalej pusta kartka, cóż na to poradzić.

Najłatwiej  przychodzą czyny których nie ma
Takie wydumane  tu  w cichym pokoju
Te, o których marzysz bez jednego gestu
Takie wymyślone lecz bez cienia znoju.

Najmocniej  udręczy miłość niespełniona
Co niosła nadzieję lecz dała  za  mało
Błysnęła, odeszła , na koniec  zdążyła
Rozbudzić  złą gorycz, której się  nie chciało.